Ks. Wojciech Zieba
Wykład II.
1. W poprzednich rozważaniach skoncentrowaliśmy się na tym, jak z milczenia wyrasta modlitwa, jak milczenie pogłębia modlitwę i jak jest jej niezbędnym warunkiem. Teraz będziemy medytować o stosunku między modlitwą a wiarą. „Owocem modlitwy jest wiara,” mówi Matka Teresa, i niech więc jej słowa będą punktem wyjścia do naszej dalszej refleksji.
2. Na początku spróbujmy jeszcze raz głębiej zastanowić się nad istotą modlitwy. Już w poprzednich rozważaniach dostrzegliśmy, że modlitwa nie zawsze potrzebuje wielu słów, a wręcz może się całkowicie obyć bez nich. Dlaczego? Ponieważ modlitwa jest przede wszystkim spotkaniem dwóch kochających serc – serca Bożego i serca człowieka – które otwierają się nawzajem. To spotkanie odbywa się w miłości, jest żywym i możliwie najściślejszym zjednoczeniem. Porównując to do relacji międzyludzkich, widzimy, że obraz dwóch zakochanych ułatwia nam lepsze zrozumienie zarówno milczenia, jak i modlitwy, ponieważ „jest czas mówienia i czas milczenia” – potrzebne jest jedno i drugie. Czasami w wzajemnej relacji panuje raczej milczenie, cisza, słuchanie, a innym razem, gdy sytuacja się zmienia, potrzebne są słowa. Ale to wszystko służy miłości, zbliżeniu, wzajemnemu poznaniu, radości ze spotkania i trwaniu w nim.
Kochający się nie zawsze są razem, aby mogli się trzymać za ręce lub odpoczywać w sobie nawzajem. Ich wzajemnej relacji nie brakuje więc uczuć tęsknoty i czekania na spotkanie. To czekanie może być wypełnione myślami o oczekiwanej osobie, różnymi przygotowaniami na spotkanie, pisaniem listów… I chociaż są ciałem od siebie oddaleni, jak bliscy są sobie duchem! To oczekiwanie, wszystkie te przygotowania, mają nie mniejszą wartość niż samo spotkanie. Wzbogacają je – bez wcześniejszego czekania spotkanie straciłoby wiele ze swojej pełni.
Gdy tę sytuację zastosujemy do relacji człowieka z Bogiem, mówimy właśnie o modlitwie. Nie będę mówił o różnych sposobach modlitwy, ponieważ takie szufladkowanie nie byłoby nam w tym przypadku przydatne. Chodzi bowiem o samą istotę rzeczy – modlitwa jest spotkaniem z Bogiem w miłości (celowo nie mówię: rozmową, ponieważ to pojęcie modlitwy ograniczyłoby tylko do niektórych jej form), oznacza przywiązanie do niego całym swoim jestestwem, zwrócenie całej swojej osoby ku niej. Jest też czasem pragnienia tego spotkania i przygotowaniem na nie. W ten sposób cała ludzka egzystencja może stać się modlitwą, w której człowiek przywiązuje się do Boga „z całego serca swego, z całej duszy swej i ze wszelkiej myśli swojej” i pragnie odpowiadać na jego wolę i go wielbić.
3. Niemniej jednak jest czas szczególnie poświęcony Bogu, a tylko jemu. Czas ten, te „spotkania” z Panem Bogiem, mają służyć nawiązaniu i pogłębieniu szczególnego związku z nim, wyrażeniu swojego stosunku, swoich uczuć, swojego nastawienia wobec niego. W tym czasie, którego celem jedynym i najwyższym jest Bóg, odbywa się w szczególny sposób niewysłowiony dialog miłości, w którym Bóg ma zawsze pierwszeństwo – to on mówi jako pierwszy, aby człowiek mógł usłyszeć i odpowiedzieć, oddając mu siebie z pełnym zaufaniem, wrzucając się po prostu w jego ramiona. Ale możliwość usłyszenia Bożego wezwania i odpowiedzenia na nie nie zależy tylko od nas – zależy przede wszystkim od działania Ducha Świętego, Ducha prawdy i miłości. Nie wystarczy, że przyjdziemy na to spotkanie. Na to „spotkanie” musi najpierw przyjść on. Dlatego prawdziwa modlitwa jest Bożym darem, darem łaski i miłości. Niedostateczna ocena Bożej inicjatywy w modlitwie, nieporozumienie rzeczywistości, że modlitwa jest dialogiem miłości dwóch kochających się serc, może spowodować jej parodystyczne zniekształcenie i zmienić ją w nasz monolog, listę próśb i oczekiwań, którą przedstawiamy nieobecnemu Bogu. W takim przypadku człowiek staje się tylko proszącym, który czeka na załatwienie swoich spraw. Ale Pan Bóg nie jest przecież obojętnym urzędnikiem, który przyjmuje lub odrzuca złożone wnioski na podstawie ich zgodności z przepisami, należytego uzasadnienia i odpowiednich dokumentów w załączniku. On jest żywą, kochającą istotą, która pragnie spotkać się z nami i usłyszeć naszą odpowiedź na swoje wezwanie; a nasza trudność w modlitwie jest wyrazem pragnienia, aby to spotkanie mogło się odbyć.
4. Gdy w naszym życiu zadomowi się tak pojmowana modlitwa, bardzo mocno je wpłynie. Zmieni je, wzbogaci, nada mu kierunek i sens. Nie jest możliwe, aby życie toczyło się niezależnie od Boga – nie dlatego, że on nas do czegoś zmusza, ale dlatego, że my sami będziemy tego pragnąć. Bo kto z nas potrafi być obojętny na miłość, która mu się objawia? Kto – nawet gdyby przed nią uciekał – ostatecznie jej nie odwzajemni? Modlitwa sprawi, że naszą częścią stanie się miłość i że ostatecznie nic nie zdoła zatrzymać naszego serca, gdy w nią się rzuca.
5. Gdy w ten sposób mówimy o modlitwie, możemy zauważyć, że w wielu przypadkach możemy mówić w ten sam sposób o wierze i nie ma potrzeby – w wielu zdaniach – zmieniać ani jednego słowa poza tym jednym. Bowiem istnieje wiele punktów stycznych między rzeczywistością modlitwy a rzeczywistością wiary, a obie te rzeczywistości silnie wpływają na siebie nawzajem. Wiara bowiem nie jest jedynie przekonaniem, że Bóg istnieje, i rozumowym przyjęciem pewnej liczby prawd religijnych. Jest to przede wszystkim oddanie Bogu, zaufanie mu, poleganie na nim, poszukiwanie oparcia w nim i całkowite poddanie się. Nie wystarczy „wierzyć w Boga”. Trzeba również wierzyć Bogu. Nie wątpić tylko w jego słowo – wierzyć jego słowu. Dopiero wtedy możemy powierzyć siebie, swoje sprawy, swoje życie. Bo tak pojęta wiara daje nam wewnętrzną pewność, że on nas nie może zawieść i pobudza nas, abyśmy mu całkowicie się powierzyli – po prostu rzucając się w jego ramiona. Podczas modlitwy możemy usłyszeć, jak Bóg do nas mówi: „Czyż może kobieta zapomnieć o swoim dziecku, ta, która miłuje syna wydanego z jej łona? A gdyby i ona zapomniała, ja na ciebie nie zapomnę. Mam cię wyrytą na obu swoich dłoniach” (Iz 49,15–16). A na to pełne miłości Boże wyznanie możemy odpowiedzieć w wierze i całkowitym zaufaniu, które niosą ze sobą niezwykły wewnętrzny pokój: „Jak niemowlę przy swej matce, jak niemowlę – taka jest moja dusza we mnie. Pokładaj swoją nadzieję w Panu od tego czasu aż na wieki!” (Ps 131).
Wierzyć Bogu i temu, co nam mówi – także podczas modlitwy – oznacza również, że przyjęliśmy w miłości Boże wezwanie nam skierowane i że na nie odpowiedzieliśmy. Dopiero wtedy możemy mówić o pełnej, autentycznej rzeczywistości wiary, ponieważ rzeczywiście wpływa ona na nasze decyzje, czyny, plany życiowe. Ale czy można odpowiedzieć na wezwanie, którego nie usłyszeliśmy? A czy możemy usłyszeć Boże wołanie bez modlitwy? Oczywiście, Bóg ma swoje drogi, którymi może zwrócić się do każdego człowieka, ale zwyczajną drogą do spotkania z nim jest właśnie modlitwa. Nie sądzę, że mamy prawo oczekiwać, że w naszym przypadku Bóg uczyni cud i przemówi do nas w inny sposób, bez jakiegokolwiek wysiłku z naszej strony.
6. A tak dochodzimy do sedna problemu, nad którym chcemy medytować: w jaki sposób wiara staje się owocem modlitwy? Z jednej strony możemy bowiem powiedzieć, że modlitwa jest wyrazem wiary: trudno by nam było modlić się do kogoś, kogo byśmy nie uznawali, a wręcz nawet nie wierzyli w jego istnienie. Wiara jest potrzebna przynajmniej w początkowej formie. W tym sensie można domyślać się, że Matka Teresa ma na myśli, że modlitwa pogłębia wiarę, staje się siłą napędową jej rozwoju i udoskonalenia. Nie możemy jednak zaprzeczyć, że zdarzają się przypadki ludzi niewierzących, którzy właśnie dzięki modlitwie otrzymują dar wiary. „Boże, jeśli jesteś, jesteś Bonem, odpowiedz mi!” – tak można by podsumować modlitwę tego typu. I Bóg nie pozostanie głuchy, gdy usłyszy takie rozpaczy wezwanie – odpowiada całą miłością na pragnienie ludzkiego serca. Zajrzyjmy do przykładów z ewangelii, że to rzeczywiście możliwe.
7. Tak przychodzi do Jezusa ojciec i prosi, aby uwolnił jego syna od złego ducha i uzdrowił go. W tej sprawie był już u apostołów, ale ci nie mogli go uleczyć. Jezus z wyrzutem odpowiada: „Pokolenie niewierne i fałszywe! Jak długo mam jeszcze być z wami? Jak długo mam jeszcze znosić?” Przyprowadźcie go do mnie.” Jezus cierpi z powodu niewiary tych, którzy do niego przychodzą, szukając tylko własnej korzyści lub sensacji. Ale dialog z ojcem trwa. Jezus pyta, jak często zdarzają się napady choroby. Ojciec swoją opowieść kończy znowu prośbą, która jednak zdradza jego małą wiarę: „Możesz coś uczynić, zmiłuj się nad nami i pomóż nam!” Jezus mu odpowiada: „Możesz? Wszystko jest możliwe temu, kto wierzy!” Natychmiast ojciec chłopca woła: „Wierzę, pomóż mojej małej wierze!” Następuje uzdrowienie chłopca. Jezus daje znak swojej mocy – jego uzdrowienie miało na celu uwiarygodnienie jego posłania i przybudzenie wiary wśród ludzi: „Nawet gdybyście mi nie uwierzyli, wierzcie moim czynom, abyście poznali i wiedzieli, że Ojciec jest we mnie, a ja w Ojcu” (Jan 10,38). Po całym wydarzeniu uczniowie pytali Jezusa na prywatności: „Dlaczego my nie mogliśmy pozbyć się złego ducha?” Odpowiedział im: „Ten rodzaj nie może być wypędzany inaczej jak tylko modlitwą” (por. Mk 9,14–19).
Widzimy tutaj dwojaki związek modlitwy z wiarą. Ojciec chorego chłopca, mimo że do końca był niewierzący, zwraca się z prośbą do Jezusa. Jezus „pomaga jego małej wierze” i uzdrawia chłopca. Z drugiej strony widzimy apostołów, którzy nie potrafią go uzdrowić. A przecież „wszystko jest możliwe wierzącym”. Kiedy pytają, dlaczego nie mogli uzdrowić, Jezus zaleca im modlitwę. Wyraźnie ich wiara nie była wystarczająco silna, a modlitwa mogła ją wzmocnić. Nie dziwimy się im, że raz przyszli do Jezusa z prośbą: „Pomnóż naszą wiarę” (Łk 17,15).
8. A tutaj mamy inny przykład. „Był pewien królewski urzędnik w Kafarnaum, który miał chorego syna. Kiedy usłyszał, że Jezus przychodzi z Judy do Galilei, udał się do niego i prosił, aby przyszedł i uzdrowił jego syna, ponieważ już umierał. Jezus mu powiedział: „Nie ujrzycie znaków i cudów, nie uwierzycie.” Królewski urzędnik mu powiedział: „Panie, przyjdź wcześniej, zanim moje dziecko umrze.” Jezus mu rzekł: „Idź, twój syn żyje.” Ten człowiek uwierzył słowu, które Jezus mu powiedział, i odszedł. A gdy był jeszcze w drodze, jego słudzy wyszli mu naprzeciw i obwieścili mu, że jego syn żyje. Zapytał ich o godzinę, kiedy mu ulżyło. Odpowiedzieli mu: „Wczoraj około siódmej godziny przestał mieć gorączkę.” Wtedy ojciec zrozumiał, że to była ta godzina, kiedy Jezus mu powiedział: „Twój syn żyje.” I uwierzył on w niego, jak i cała jego rodzina” (Jan 4,46–53). Tak zaczyna wierzyć najpierw ów urzędnik: „Uwierzył słowu, które mu Jezus powiedział.” Później „uwierzył on sam i cała jego rodzina” – stali się świadkami cudu, który był odpowiedzią na prośbę, z którą zwrócili się do Jezusa.
Takich przykładów jest więcej. Osobiste spotkanie z Jezusem, rozmowa z nim, słuchanie jego nauki, dowody jego miłości i mocy, dostrzeganie wielkich czynów, które czynił i które potwierdzały jego wiarygodność, to wszystko stawało się źródłem wiary. Tak uwierzyła Samarytanka, która prosiła Pana o dar żywej wody, tak w końcu uwierzył wątpiący Tomasz, który domagał się osobistego spotkania z Jezusem. I Jezus odpowiadał na te prośby, na te pragnienia, chociaż … powiedział też: „Błogosławieni, którzy nie widzieli i uwierzyli” (Jan 20,29).
9. Czy możemy jednak wykorzystać te przykłady w naszym życiu? Jezus przecież już nie chodzi po tej ziemi! Nie możemy, tak jak oni, spotkać się z nim, zobaczyć go, dotknąć… To prawda, ale nie oznacza to, że Jezus przestał działać wśród nas. On jest z nami „po wszystkie dni aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Zesłał nam również swojego Ducha, który ma nas prowadzić, wzmacniać i uczyć o wszystkim. Jezus nie pozostawił nas sierotami (por. Jan 14,18). Możemy się z nim spotykać między innymi w modlitwie. Podczas niej działa również Duch Święty, który „przychodzi z pomocą naszej słabości. Wszak nawet nie wiemy, jak i za co się modlić, ale sam Duch wstawia się za nami niewysłowionym westchnieniem” (Rz 8,26).
10. Spotkanie z żywym Bogiem w modlitwie, które jest jakimś tajemnicą i które jest trudne do opisania słowami, jest dla wiary po prostu niezbędne, ponieważ przedmiotem wiary nie jest tylko pewna liczba prawd, ale w ostatecznym rachunku żywa osobista prawda, którą jest sam Bóg. Uwierzyć w Boga oznacza poznać Go, ale nie w tym sensie, że dowiadujemy się, że istnieje i jak się nazywa. Nie chodzi o jakąś wiedzę. W biblijnym sensie słowo „poznanie” zakłada głęboką intymność, nawiązanie żywych relacji, wspólnoty – tego słowa używano np. do opisania relacji w rodzinie czy między małżonkami. Poznać Boga to znaczy doświadczyć jego miłości i przebaczenia, zawrzeć z nim przymierze (por. Jr 31,33–34). Takie poznanie jest żywym świadectwem jego obecności, spotkaniem z nim w miłości – czyli tym wszystkim, o czym mówiłem, gdy opisywałem rzeczywistość modlitwy. Takie doświadczenie nie da się niczym innym zastąpić, dlatego właśnie w modlitwie i nigdzie indziej powstaje w ten sposób pojmowana wiara.
11. Wiara rodzi się z nasłuchiwania. Słuchamy Bożego słowa, w którym osobiście mówi do nas Bóg, medytujemy nad nim. Nasłuchujemy świadectwa innych, gdy mówią nam o swoich doświadczeniach spotkania z Bogiem. I wreszcie nasłuchujemy Bożego głosu w swoim sercu, gdzie sam, bez jakiegokolwiek pośrednictwa, wyznaje nam swoją miłość. Wyznaje ją zupełnie jednoznacznie. Słuchajcie, jak mówił ustami proroka Ozeasza i jak dziś podobnie mówi w naszym sercu: „Poślubię cię sobie na zawsze, poślubię cię w przez sprawiedliwość i prawo, w przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie w przez wierność i poznasz Pana” (Oz 2,21–22). Po tym właśnie pragnie Bóg, tak ściśle chce się z nami zjednoczyć. Ale nie oznacza to, że chce nas zniewolić. On przecież mówi o ludziach mu bliskich: „Pociągałem ich ludzkimi pętami, a były to pęta miłości. Byłem dla nich jak ten, który do swojej twarzy podnosi niemowlę – zniżam się do niego i karmię go” (Oz 11,4). Czy będzie nas może mówił inaczej? Gdy tak bardzo stara się przyciągnąć nas do siebie, jest tylko jeden problem - tylko od nas zależy, czy damy się przyciągnąć pętlami miłości, czy uwierzymy Bogu, że to nie są pęta niewolnicze, uwierzymy Bogu, który sam jest Miłością. Aby jednak mogła w naszych sercach przebywać taka wiara, musimy najpierw usłyszeć ten delikatny głos, przemawiający do nas w ciszy serca podczas modlitwy. Bóg objawia się nam w wydawałoby się paradoksalnej sytuacji – nasz Stwórca i Pan kocha nas miłością tak delikatną, że – zostawiając nam wolną wolę – staje się w tej miłości od nas zależny i pozwala, byśmy mu nie uwierzyli: możemy go odrzucić, możemy unikać spotkania z nim. Ale tym bardziej nam się objawia, tym bardziej pokazuje głębokość swojej miłości. Kiedy doświadczamy tej miłości podczas modlitwy, bez wahania powiemy: „Poznaliśmy miłość, którą Bóg ma ku nam, i wierzymy w nią. Bóg jest miłością” (1 Jan 4,16). Bóg staje się dla nas bardzo bliską osobą, osobą dobrze znaną, choć nigdy nie poznamy jej w pełni, ponieważ jeszcze nie nadszedł czas pełnego poznania twarzą w twarz, jeszcze nie nadszedł czas zaręczyn i weselnej uczty Baranka. Ale jesteśmy w stanie z całej siły powtarzać z św. Pawłem: „Wiem, komu uwierzyłem!” (2 Tim 1,12). Mówienie w tej chwili o tym, że wiara jest Bożym darem, o który w modlitwie prosimy, jest wręcz banalne, wszak ofiarowuje się nam sam Bóg, który jest przedmiotem naszej wiary. Matka Teresa, mówiąc o wierze jako o darze Bożym, wyjaśnia: „Ten wielki dar nam Bóg sam dał w świętym przyjęciu, aby zaspokoić nasz głód” – a jest to głód po miłości. I z jej serca tryska modlitwa pełna wielkiej wiary: „Mój Boże, ty, tylko ty. Ufam twojemu wezwania, twojej inspiracji. Ty mnie nie zawiedziesz.”
12. Kiedy Bóg objawia się nam sam i poznajemy Go w modlitwie, nabieramy przekonania, że wszystko, co Bóg nam objawia, jest prawdą. Przekonujemy się o prawdzie jego słowa, które przez wieki zostało zapisane w Pismie Świętym. Ten Bóg, którego obecność żywo odczuwamy, objawia się nam jako sama Prawda, w którą można uwierzyć i dzielić się nią. Kiedy będziemy poznawali Boga na tym poziomie modlitwy, nie będzie nas już trzeba przekonywać również o tym, że Bóg objawia się nam nie po to, aby nas tylko pouczać (a zatem zapoznać nas z zestawem prawd, norm, przepisów prawnych, zakazów lub nakazów), ale przede wszystkim, aby nas zbawić, to jest, przyprowadzić nas do pełnego i ostatecznego zjednoczenia z nim w miłości, do tych wiecznych zaręczyn, o których już teraz mówi i które nam obiecuje. Pan objawia nam się jako wierny i prawdomówny świadek, gdy już teraz daje nam zasmakować tego, co przygotował dla przyszłości.
Przekonujemy się również, że poznać Boga i uwierzyć w niego – oznacza po prostu przyjąć Go w pełni – nie znaczy zdobyć wiedzę, informacje, informacje, logicznie rozumować i analizować ich treść, ale przeżywanie spotkania z nim za pomocą pewnego „oświecenia” czy „instynktownego” przeżycia, które umożliwia nam przynajmniej częściowo przeniknąć niewysłowione i niewyczerpne tajemnice Bożej egzystencji. Podczas takiego spotkania nawiązują się również osobiste relacje z Bogiem, których nie da się sklasyfikować w podręcznikach teologicznych i które są dla pełni wiary całkowicie niezbędne.
13. Jak już powiedziałem, pełne i ostateczne poznanie Boga zrealizuje się później, w wieczności. Będzie to poznanie Prawdy nie drogą badań naukowych ani rozumowych przemyśleń, lecz poznanie przez miłość. Częściowo możemy już poznawać to tutaj i teraz. Mamy jednak nadzieję, z którą wiara jest ściśle powiązana, że to pełne poznanie stanie się naszym udziałem. „Jesteśmy zbawieni w nadziei; nadzieja zaś, którą się widzi, nie jest już nadzieją. Kto coś widzi, po co jeszcze w to mieć nadzieję?” (Rz 8,24). Tak, w to, co jest przedmiotem naszej nadziei, możemy tylko wierzyć z tą szczególną pewnością, pewnością wiary, która jest tym mocniejsza, im bardziej odczuwamy Bożą obecność w modlitwie, chociaż wciąż nie możemy się z nim w pełni spotkać i zobaczyć go. Wiemy jednak dobrze, że wiara, której treścią jest miłość, tak samo jak miłość podlega ciągłym przemianom. Te zmiany mogą być podwójnego rodzaju: może to być rozwój (wiara może być coraz silniejsza) lub umieranie (wiara słabnie). Uważam, że my tutaj obecni mamy interes w tym, aby nasza wiara się rozwijała. Sądzę, że nie ma potrzeby szeroko uzasadniać, że taka modlitwa, o której mówiłem wcześniej, jest dla takiego rozwoju po prostu niezbędna – modlitwa „rozszerza” nasze serce, które staje się coraz bardziej zdolne do miłości, to jest poznawania Boga i przyjmowania go do swojego wnętrza, a w ten sposób nasza wiara, wzbogacona o ciągle nowe doświadczenia miłości, stanie się coraz pełniejsza, coraz doskonalsza, coraz bardziej owocna.
Na zakończenie ponownie posłuchajmy słów Matki Teresy o wierze: „Ufaj Bogu. Doświadczaj poczucia bezpieczeństwa, które daje Boża opatrzność. Ufaj Bogu. On wie. On troszczy się o wszystko. Pozwól Mu, aby wypróbował twoją wiarę, i ufaj Mu. Oddaj się Mu do dyspozycji. Ufaj i wierzę.”
(Przetłumaczone przez Růženę Kouřimovą)