O Bożej wierności

(świadectwo o spokojnym odejściu)

W niedzielny wieczór zadzwoniła do mnie moja siostra, która opiekowała się starszym, chorym księdzem w pobliskiej parafii, ojcem Franciszkiem, że ojciec powoli odchodzi. Obiecałam jej modlitwę i zaczęliśmy z mężem modlić różaniec. Podczas modlitwy zaczęło mnie nurtować, dlaczego siostra zadzwoniła akurat do mnie. W związku z tym, że mamy samochód i ja sama również prowadzę, nasunęło mi się pytanie, czy siostra nie chciała, żebym przyjechała. Zadzwoniłam do niej, zaproponowałam, że będę z nimi, i pojechałam.

Kiedy przyjechałam, ojciec Franciszek już nie był świadomy. Ciężko oddychał, ale był spokojny. Modliliśmy się przy nim różaniec. Potem siostra, która czuwała przy nim przez dwie poprzednie noce, skorzystała z mojej obecności i poszła chwile się przespać.

Siedzieliśmy przy ojcu z siostrzeńcem i modliliśmy się różaniec. Potem pomyślałam, że ojciec tego wieczoru z pewnością jeszcze nie modlił się brewiarzem. Wiedziałam o nim, że codzienną modlitwę Kościoła zawsze modlił się bardzo sumiennie. Nawet gdy w podeszłym wieku osłabł wzrok, kupił tablet, na którym mógł powiększyć tekst, aby mógł się modlić dalej. Zaczęliśmy więc modlić wieczorne chwały. (Była akurat niedziela czwartego tygodnia psałterza.) Oddech ojca uspokajał się przy chwałach, aż niepostrzeżenie ustał. Przed krótkim czytaniem zauważyłam, że ojciec już prawdopodobnie nie oddycha.

„Przystąpiliście do góry Syjonu i do miasta żywego Boga, do niebieskiego Jeruzalemu: do zgromadzenia ogromnej liczby aniołów i do wspólnoty pierworodnych, którzy są zapisani w niebie. Przystąpiliście do sędziego, Boga wszystkich, do dusz sprawiedliwych, którzy już osiągnęli cel, i do Jezusa, pośrednika nowego przymierza, i zostaliście pokropieni krwią, która mówi głośniej niż krew Abla“ (Hbr 12,22–24).

Słuchałam tego, co czytał, i jednocześnie patrzyłam na ojca. Zobaczyłam, że naprawdę już nie oddycha, i dotarło do mnie, że to czytanie, właściwie teraz dotyczy ojca Franciszka. Bardzo mnie to poruszyło – dostrzegłam w tym wielkość Bożą! Nasz ziemski czas połączył się tu z wiecznością!

Ojciec odszedł bardzo spokojnie i cicho. Całe to doświadczenie było dla mnie bardzo silne i pozytywne. Nie potrafię tego wszystkiego dobrze wyrazić, ale jestem Bogu bardzo wdzięczna za ten dar, że mogłam tak blisko przeżyć odejście ojca Franciszka. Pokazało mi to: tak jest Pan wierny swojemu słudze!

W spokoju dokończyliśmy brewiarz, a potem poszłam po siostrę. Kiedy powiedziałam jej, że ojciec odszedł bardzo cicho, odpowiedziała mi, że tak samo żył. Tak, dokładnie tak. Był bardzo bezkonfliktowy, dobry. Ale wierni na pogrzebie wspominali, że potrafił być także stanowczy. Był dla mnie drogi jako zwykły człowiek z żywym zainteresowaniem otaczającym go życiem. Interesował się życiem dzieci, rodziców, a jednocześnie też dziadków. Bardzo modlił się za swoich parafian. Swoim ojcowskim sercem obejmował całą parafię. Miał zgorzel, a ponieważ operacja nie była możliwa, siostry z opieki hospicyjnej przygotowały go na rychłe odejście z tego świata. Był pogodzony ze śmiercią i z Bogiem, dlatego odszedł tak spokojnie.

Na pogrzebie zebrała się nie tylko jego parafia, ale także wielu ludzi z okolicy. Widziałam, że nawet młodzi ludzie płakali. Pszeniczne ziarno jego życia nie pozostało samo; padło w ziemię i wydało wiele owoców (J 12,24).

-jp-