Należy liczyć się z tym, że większość ludzi mądrości nabiera tylko przez to, co doświadczy na własnym ciele. To wyjaśnia po pierwsze zdumiewającą niezdolność większości ludzi do jakiejkolwiek prewencyjnej akcji – wierzą, że to właśnie oni zawsze unikną niebezpieczeństwa, aż w końcu jest już za późno. Po drugie, otępienie wobec cierpienia innych; proporcjonalnie do rosnącego strachu przed przerażająco bliskim niebezpieczeństwem budzi się współczucie.
Chrystus unikał cierpienia tak długo, jak długo nadchodziła Jego godzina; potem jednak swobodnie mu wyszedł naprzeciw, przyjął je i pokonał. Chrystus doświadczył całego cierpienia wszystkich ludzi na sobie jako swojego własnego cierpienia – i swobodnie je przyjął. Z pewnością nie jesteśmy jak Chrystus i nie jesteśmy powołani, aby zbawić świat własnymi czynami i własnym cierpieniem, nie należy nam na swoje ramiona brać czegoś niemożliwego i męczyć się, że tego nie uniesiemy; nie jesteśmy bowiem władcami, lecz narzędziami w rękach Pana historii, a cierpienie innych jesteśmy w stanie naprawdę odczuć tylko w dość ograniczonym zakresie. Nikt z nas nie jest Chrystusem, ale jeśli chcemy być chrześcijanami, oznacza to, że mamy brać udział w chrystusowej hojnym działaniu, które swobodnie uchwyci prawdziwy moment i stanie w obliczu niebezpieczeństwa, a także w prawdziwym uczestnictwie, które nie wynika ze strachu, lecz z wyzwalającej i zbawczej miłości Chrystusa do wszystkich cierpiących. Czynne czekanie i tępe przyglądanie się nie są chrześcijańskim nastawieniem. Chrześcijan nie wołają do działania i współcierpienia dopiero doświadczenia na własnym ciele, lecz doświadczenie braci, z powodu których cierpiał Chrystus.
(Dietrich Bonhoeffer /1906–1945/,
fragment tekstu Zamyślenie na progu roku 1943, napisany z okazji dziesiątej rocznicy przejęcia władzy przez Hitlera;
cytowane według książki Dietrich Bonhoeffer, Opór i poddanie, Listy z więzienia. Kalich 2023)