Hlubina Bożej chwały

P. Ctirad Václav Pospíšil, OFM

Kiedy jako młody chłopiec stałem z moją bardzo pobożną mamą przed figurką Dzieciątka Jezus, nie mogłem powstrzymać sprzecznych uczuć. Barokowe dzieciątko ubrane w piękne szaty i obciążone odznakami królewskiej godności zdecydowanie nie przypominało mi Syna Bożego, który urodził się jako biedny i niepewny gdzieś w stajni na marginesie wielkich wydarzeń światowych.

Ponadto niefortunne doświadczenie ze świecką władzą reżimu totalitarnego jeszcze bardziej zdyskredytowało miłosną figurkę w cesarskich szatach. Ponieważ upokorzony i prześladowany Kościół, pozbawiony głupiego samozachwytu i braku pokory, był dla mnie o wiele bardziej sympatyczny, a także zdawał mi się znacznie wiarygodniejszy niż nadęty barokowy triumfalizm kościelny związany z wystawnością domu panującego. Nic dziwnego, że znacznie bliższa i zrozumiała dla mnie była postać Dzieciątka Jezus według Franciszkowego wyobrażenia z Greccia.

Po wielu latach jakby cudem znalazłem się na studiach w Rzymie, gdzie zafascynowała mnie teologia krzyża. Jeden z kursów, który wybrałem, miał na celu szczegółową analizę tego, co mówi o ukrzyżowaniu Jezusa ewangelista Jan. Nie jest bez znaczenia, że ten moment hanby, przeraźliwego upokorzenia i zniewagi (Hbr 12,3) jest w jego relacji przedstawiony jako intronizacja eschatologicznego króla. W dwóch rozdziałach poświęconych cierpieniu Pana, słowo „król” pojawia się łącznie dwanaście razy. Podczas gdy inne dokumenty Nowego Testamentu mówią o wywyższeniu Jezusa w kontekście jego zmartwychwstania i wniebowstąpienia (por. Flp 2,9–11), w kontekście tego, że teraz siedzi jako władca po prawicy Boga Ojca (por. Mk 16,19), dla Ucznia, którego Mistrz szczególnie ukochał, wywyższenie Jezusa – intronizacja następuje już w godzinie ukrzyżowania (por. Jan 3,14; 12,32).

Wiele mówi również fakt, w jaki sposób Jan opisuje scenę koronacji Jezusa cierniem (por. Jan 19,1n.). Nigdzie na przykład nie mówi się, że Jezus zdjął purpurowy płaszcz, i tak spostrzegawczy czytelnik ma wrażenie, jakby Galilejczyk wchodził na Golgotę odziany w królewski płaszcz. Kiedy czytamy XVII werset dziewiętnastego rozdziału w grece, znajduje się tam niezwykły zwrot, który w polskim można wyrazić tak, że Jezus niósł krzyż dla siebie. Nie niósł go więc jak każdy inny skazaniec na śmierć, ale jak król, który szczyci się oznaką swojej mocy. Tomasz z Akwinu w swoim komentarzu do Ewangelii Jana mówi: „Chrystus niesie krzyż jak król swoje berło, jako znak swojej chwały, swojej uniwersalnej suwerenności. ... Niesie go tak, jak wojownik swoją zwycięską trofeę.” (Super Ioannem, Torino 1952, str. 2414).

Oczy kontemplacyjnego człowieka mogą więc dostrzec w głębi przeraźliwego upokorzenia motywowanego niewyobrażalną miłością i synowską posłuszeństwem prawdziwą miarę niewysłowionej chwały. W końcu nawet świat potrafi podziwiać tych, którzy pokonali na drodze do zwycięstwa ogromne trudności i przerażające ryzyko. Miara upokorzenia w odniesieniu do następującego wywyższenia jest prawdziwą głębokością chwały, tak to rozumie na przykład Bonawentura. Wystarczy zrozumieć, że Syn Boży wzbił się „tak wysoko”, jak wcześniej „nisko” zstąpił.

Chwałę zatem można mierzyć jakby „z dołu” czy od „dna”. Bóg może zrezygnować z miłości do człowieka z tej chwały, która jest dla człowieka całkowicie niedostępna. Może jakby zrzucić szaty swojej chwały (por. Flp 2,6–7; Jan 13,1n.). Niemniej jednak nawet w tym, paradoksalnie, manifestuje swoją uderzającą majestatyczność, tym razem nagą i bez zwyczajowych atrybutów, które jednak nie są istotą tej chwały, tożsamej z miłością i samym nieskończonym istnieniem. Upokorzenie – wywyższenie Ukrzyżowanego odsłania prawdziwą głębię osobistej tożsamości Syna Bożego (por. Mk 15,39).

Dobrowolne ofiarowanie Jezusa z Nazaretu, a to jest ludzki akt synowskiej posłuszeństwa wcielonego Syna, wyprzedza ofiarowanie i dobrowolne upokorzenie Syna Bożego przy wcieleniu. Także tutaj możemy spoglądać oczami kontemplacji na majestat nagiej Bożej chwały w upokorzeniu bezbronnego i zależnego od innych dzieciństwa. Ta sama logika miłości odsłania według wzorca janowego królewską godność Nowonarodzonego. Dlatego ten Chłopiec, odziany w królewskie szaty Bożej miłości, która nie boi się nawet najstraszniejszej ludzkiej nędzy, ludzkiego bólu, ani ludzkiej niewiary i grzechu. Dlatego ten Chłopiec, obciążony królewskimi insigniami cierpienia zdolnymi do ludzkiego istnienia (por. Rz 8,3).

Nie każdy z nas jest w stanie dostrzec oczami kontemplacji w głębi upokorzenia paradoksalny wyraz wszechmocy kochającego Boga i przerażającą miarę Jego chwały. Miłosna figurka Dzieciątka Jezus w tym nam chce pomóc podobnie jak ikona Ukrzyżowanego – Oświęconego, jak ją widzimy w Asyżu. Jest to słynny krzyż z kościoła św. Damiana, przed którym Franciszek tak serdecznie się modlił i z którego, według legendy, Chrystus przemówił do niego. Dziś ten krzyż znajduje się w asyskiej świątyni św. Klary. Między Dzieciątkiem Jezus z Greccia a praską miłosną figurką jest zatem w zasadzie ta sama różnica, co między opisem cierpienia Pana według Marka a według Jana. Oba spojrzenia są właściwe, prawdziwe i mają ten sam cel: poruszyć naszą duszę do współczucia z pulsującym sercem Bożego Syna.