Często zastanawiam się, dlaczego jakiś „chrześcijański instynkt” często bardziej pociąga mnie do ludzi niewierzących niż wierzących, i to nie z misyjnym zamiarem, ale powiedziałbym niemal „bratersko”. Podczas gdy przed ludźmi religijnymi często wstydzę się wypowiedzieć imię Boże, ponieważ wydaje mi się, jakby brzmiało ono fałszywie, a także sam czuję się nieco nieuczciwy, mogę przed ludźmi niewierzącymi czasami zupełnie spokojnie i jakby naturalnie powiedzieć Bóg. Ludzie religijni mówią o Bogu, gdy ludzkie poznanie dobiega końca lub gdy ludzkie siły już zawodzą – w zasadzie za każdym razem jest to deus ex machina, który wprowadza się na scenę, aby zdawałoby się rozwiązać nierozwiązywalne problemy, lub jako siła interweniująca przy ludzkim niepowodzeniu, zawsze więc wykorzystuje się ludzką słabość, ewentualnie granice człowieka. (…)
Chciałbym mówić o Bogu nie na granicach, ale w samym centrum, nie w słabych, ale w silnych stronach człowieka, a więc nie przy śmierci i grzechu, ale w życiu i w tym, co w człowieku dobre. Na granicach lepiej mi się milczy i pozostawia nierozwiązywalne w nieskończoności. (…) Bóg jest transcendentny w samym centrum naszego życia. Kościół nie stoi tam, gdzie kończą się ludzkie możliwości, na granicach, lecz w środku wsi.
(Dietrich Bonhoeffer /1906–1945/, list z nazistowskiego więzienia do przyjaciela, 30 kwietnia 1944;
cytowane według książki Dietrich Bonhoeffer, Oporność i poddanie, Listy z więzienia. Kalich 2023)