Bóg Hebrajczyków

P. Ivan Hrůša O.Carm.

I. Stary Testament

„Spotkał się z nami Bóg Hebrajczyków.“ Tymi słowami Mojżesz ogłasza faraonowi spotkanie z Panem (Wj 5,3). Spotkanie, które rozpoczyna wielkie wydarzenie: dla Izraelitów, dla Egiptu, dla wszystkich ludzi. Bez przesady możemy powiedzieć, że jest to spotkanie losowe. W końcu święty Paweł pisze: „Dary Boże i Jego powołanie są nieodwołalne“ (Rz 11,29). Mojżesz i jego lud nie spotkali bogów Egiptu ani Mezopotamii, ani żadnego z dzisiejszych bożków.

Bóg nazwał samego siebie – a więc nieodwołalnie pozostaje – Bogiem Hebrajczyków (Wj 3,18). A ci, którzy zostali dotknięci tym spotkaniem, są nazwani – i pozostają – Hebrajczykami.

Co oznacza imię Hebrajczyk? W rodowodzie Abrahama (Rdz 11,14–17) znajdujemy jako jednego z przodków Abrahama Hebera, o którym podanie żydowskie mówi, że był nauczycielem Jakuba, praojca Izraela.1 Oba te terminy pochodzą od hebrajskiego rdzenia słowa, który oznacza „przechodzić, przechodzić, przejść, przejść na drugą stronę“. To nie jest przypadek; imię to wyraża misję, sens, tajemnicę tego, kto je nosi. Hebrajczyk to ten, kto „przechodzi“.

Możemy to rozumieć w podwójnym sensie. Pierwszy to sens fizyczny, historyczny: Hebrajczycy byli pierwotnie wędrownymi pasterzami. Nie mieli stałego miejsca, ale wędrowali ze swoimi stadami za pastwiskami. Co roku czekały ich dwa wielkie wędrowania. W porze deszczowej, gdy spadała wystarczająca ilość wody, pasli stada na stepach, a w okresie suszy przenosili się w okolice urodzajne, rolnicze.2 Nieustanne wędrowanie, przechodzenie, było życiową koniecznością: w okresie suszy nie mogliby przetrwać na wyschłej pustyni.

Drugi sens przechodzenia Hebrajczyków ma swe źródło w duchowej sferze. Hebrajczycy to ci, którzy wędrują z Egiptu do ziemi obiecanej. To nie dotyczy tylko okresu działalności Mojżesza, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Do ziemi obiecanej wędrował również Abraham (Rdz 12–13), Jakub (Rdz 31–33) i przypomnijmy sobie również wędrówkę Józefa sprzedanego do Egiptu: „Bóg posłał mnie przed wami, aby zachować życia!“ (Rdz 45,5). Wszyscy oni spotkali się z Bogiem Hebrajczyków, a w życiu każdego z nich możemy wyczytać słowa Pana, skierowane do Abrahama: „Wyjdź ze swojej ziemi!“ (Rdz 12,1). Teraz Mojżesz przychodzi do faraona: „Spotkał się z nami Bóg Hebrajczyków.“ Jego dalsze słowa nie mogą brzmieć inaczej: „Pozwól nam odejść!“

Kto pozostanie w Egipcie, zginie. Na pustyni zgubi go bezlitosne słońce; w Egipcie okrutny faraon, wskazujący czasem u ojców kościoła i teologów na tego, kto trzyma ludzi w niewoli grzechu – diabła.3 Wyjście, przechodzenie jest i tutaj, a wręcz właśnie tutaj życiową koniecznością.

Jak widać na wszystkich wspomnianych postaciach, wyjście nigdy nie było łatwe ani nawet radosne. Abraham wyrusza do nieznanej ziemi. Jak długo będzie wędrował? Jak przejdzie przez pustynię i obce ziemie? Kto stanie w jego obronie w krajach, gdzie nikogo nie zna? Jak może sam przetrwać? Jakub ucieka z domu, aby ocalić życie – kto chciałby być w jego skórze?

A co dopiero Józef? Sprzedany przez własnych braci jako niewolnik! Ani wyjście Izraelitów z Egiptu nie jest łatwiejsze. Praca przymusowa, mordowanie noworodków, strach przed faraonem, a potem egipskie plagi, ucieczka, uwięzienie między wodą a wrogiem wojskiem. Sami Izraelici później wyznają: „Pan wyprowadził nas z Egiptu potężną ręką i wyciągniętą ramieniem, w wielkim przerażeniu, z znakami i cudami…“ (Pwt 26,8).

Musimy jednak zrozumieć również drugą stronę sprawy: wyjście było rzeczywiście żądane przez Boga! On jest bowiem Bogiem Hebrajczyków. Bogiem wędrowców, którzy szukają pastwisk. Bogiem tych, którzy szukają życia. „Wyprowadza więźniów do szczęśliwego życia; natomiast buntownicy pozostaną w wyschłej ziemi. Bóg jest Bogiem, który nas ratuje; to On, Pan Bóg, wyprowadza z sidów śmierci“ (Ps 68,7bc.21).

Nie tylko ludzie wyruszają w drogę. Ich Bóg wędruje z nimi. Nieustannie rusza naprzód, przechodzi, woła. Kto zostanie, zginie.

Ten rozdźwięk – zostać czy ruszyć dalej – jest bardzo ważny. Do pewnego sposobu życia przypisany jest również pewien sposób wiary. Pasterze wierzyli w bóstwo, które towarzyszy im w ich wędrówce. Pasterze bogowie (nawet u plemion, które nie czciły Pana) nie byli związani z określonym miejscem, a ich moc nie słabła, gdy plemię się przemieszczało. Natomiast wiara plemion i narodów, które mieszkały stale w jednym miejscu, zajmowały się rolnictwem i budowały miasta, odzwierciedlała osiadły sposób życia.4 Ich bogowie rezydencji w świątyniach i panowali nad terytorium, które plemię kontrolowało. Byli to bogowie określonego miejsca, jednak poza ich terytorium ich moc słabła i można było napotkać silniejszego boga.

W Palestynie czci tego rodzaju bogów odpowiadało cyklowi natury – co roku powtarzanie tych samych rytuałów, bez oznak historyczności, bez kierunku i przebytej drogi do ostatecznego celu. W porównaniu do Boga Hebrajczyków możemy powiedzieć, że ta „osiadła” wiara nie zmierzała od nikąd donikąd. Nie było tu ani punktu wyjścia, ani celu, Egiptu ani ziemi obiecanej. Takimi byli bogowie Egiptu i Mezopotamii. Czyli bogowie miejsc, o których mówi Pan: „Wyjdź ze swojej ziemi!” i na rozkaz Pana faraon: „Zabierzcie się i odejdźcie!” (Wj 12,31). Kiedy Izraelici przybyli do ziemi obiecanej i zajęli ją, szybko nadeszła pokusa, aby dostosować się do innych narodów: „Niech będzie nad nami król! I my chcemy być jak wszystkie inne narody. Nasz król będzie nas sądził i będzie przed nami wychodził i będzie prowadził nasze walki“ (1 Sm 8,19–20). Być jak inni wydawało się atrakcyjne i pożądane. Okoliczne narody były rzeczywiście na wyższym poziomie kulturowym, a Izraelici chcieli się im dorównać. Nie przyniesie jednak dostosowanie i zmiana stylu życia także zmiany wiary?

O zachowanie i oczyszczenie wiary w prawdziwego Boga toczyła się walka przez długie stulecia. Przypomnijmy sobie Eliasza i cały zastęp proroków Pana! Bóg walczy o swój lud, a jest to walka często zacięta. W absolutnie granicznej sytuacji Pan nie boi się zniszczyć nawet tego, co najświętsze, co Izraelici mieli, aby zachować i odnowić prawdziwą wiarę: „Dlatego Sion zostanie zoran jako pole, z Jerozolimy będą gruzowiska, z góry świątyni Pana wzgórza porośnięte krzewami“ (Mch 3,12). Cały czas wyprowadza Izrael z fałszywych pewników, z błędów, z egoizmu grzechu. Izraelici mają pozostać Hebrajczykami: wszak dary Boże i Jego powołanie są nieodwołalne! A to jest dla wszystkich powołanych wielkie szczęście. Ponieważ to, że zachowali wiarę w Boga Hebrajczyków, w nomadycznego Boga, który wędruje ze swoim ludem, nawet do wygnania, pozwoliło Izraelitom przetrwać nawet najtrudniejszy etap ich starożytnych dziejów – babilońskie niewolnictwo. Gdyby porzucili ten obraz Boga, zniszczenie świątyni oznaczałoby zanik ich wiary.6

A wiara ich nie zawiodła. Gdy minął czas oczyszczenia, znowu z ust proroka brzmi Boży głos: „Wyjdźcie z Babilonu!“ (Iz 52,11–12).

Wędrówka po pustyni i babilońskie wygnanie bez ogródek pokazują, jak wymagające może być wyjście. Bóg prowadzi swój lud dosłownie na granicy między życiem a śmiercią. Nie czyni tego bez powodu: chce dotknąć najgłębszych warstw ludzkiej istoty, wstrząsnąć sercem człowieka, przekształcić jego wnętrze. Na to nie wystarczy zwykły spacer. A co utrudnia drogę, to Boża ukrytość. Izraelici nie mogą dotknąć Boga, nie mogą Go zobaczyć, nie wolno im Go wizerunkować. Ich przewodniczką i podporą podczas wędrówki ma być wiara.

II. Nowy Testament

Bóg Starego i Nowego Testamentu jest jeden i ten sam. Bóg Hebrajczyków, Bóg tych, którzy przechodzą. W Starym Testamencie Pan wyprowadza Izraelitów z Egiptu do ziemi obiecanej. To jest zapowiedź: w Nowym Testamencie wierzący mają wyjść z tego, co ich, do tego, co należy do Ojca (Łk 2,49).

Do nowego wyjścia tym razem nie wzywa Mojżesz ani prorok, lecz sam Syn Boży. Wielkie wezwanie zawiera już jego pierwsze kazanie: „Nawróćcie się i wierzcie w Ewangelię!“ (Mk 1,15). To jest najgłębsza treść dawnych słów Izajasza: „Wyjdźcie z Babilonu!“

Jezus wybiera uczniów i wzywa ich: „Pójdź za mną!“ Podobnie jak niegdyś Bóg zwrócił się do Abrahama: „Wyjdź ze swojej ziemi!“ Warto zauważyć, że powoływanie uczniów nie było wcale powszechne. Wręcz przeciwnie, uczniowie sami szukali nauczycieli. Pan więc już tym, że sam woła swoich naśladowców, coś sugeruje. To jest Boże dzieło.

Zgodnie z narracją ewangelii oraz kazaniem Piotra w Dziejach Apostolskich Jezus nauczał, uzdrawiał, wypędzał złe duchy, czynił cuda, a przy tym przechodził przez ziemię (Dz 10,38). Przechodził przez ziemię i siał ziarno Bożego królestwa. Na końcu czwartej rozdziału Ewangelii Łukasza czytamy, że tłumy ludzi go zatrzymywały, aby nie odchodził od nich. Jezus jednak nie dał się zatrzymać. Bożego królestwa nie można budować w miejscu, w osiedlu i w wygodzie. Uczniowie dzielili się może tym niezwykłym postępowaniem Mistrza: wszak właśnie wtedy, gdy coś zaczyna się tworzyć, kiedy ludzie gromadzą się i chcą, aby pozostał, on wyrusza na następną drogę. Czasami i nam nieprzyjemne może być, że Pan nie chce dłużej pozostawać w jednym miejscu. Ale Jezus nigdy nie mówił żadnemu z uczniów: „Stój tutaj ze mną!“ Zawsze mówi: „Pójdź za mną!“

Jezusa prowadzi Duch Święty. Duch, to znaczy powiew, ruch, kierunek, wiatr. Gdyby wiatr się zatrzymał, przestałby istnieć. I Duch nie może się zatrzymać. Chce nas przeprowadzić na drugą stronę.

Wiele wymownych momentów możemy znaleźć w historii, w której Jezus i Piotr idą po falach jeziora Genezaret (Mt 14,22–33; Mk 6,45–51).

Jezus najpierw nakazuje uczniom, aby płynęli na drugi brzeg. Przejście na drugi brzeg – to jest zadanie Hebrajczyków. Boże królestwo jest żywe, w ruchu, nie można go budować w miejscu. Mistrz jednak musi zmusić uczniów, ponieważ sami by z pewnością nie chcieli płynąć. Często podobnie się nam wydaje. Wzburzone fale, wiatr, zapanowała ciemność. Dotarcie na drugi brzeg wcale nie jest łatwe, a z ludzkiego punktu widzenia nawet niebezpieczne. Uczniowie nie mają żadnej pewnej podpory, brakuje im twardego gruntu pod nogami. Na tej drodze możemy oprzeć się tylko na wierze.

W tej samej historii u św. Marka czytamy, że gdy Jezus szedł po jeziorze, chciał przejść obok nich, minąć ich. Nie z lekceważenia; ewangelista tylko sugeruje, kim tak naprawdę jest Jezus. W Starym Testamencie tak mówi się o Panu. To Bóg, kto przechodzi obok. Przechodzi obok skalnej szczeliny, w której ukryty jest Mojżesz, a ten smie zobaczyć Boga z tyłu (Wj 33,21–23). A przechodzi obok jaskini na górze Horeb, gdzie nocował prorok Eliasz, i objawia się prorokowi w ciszy i delikatnym głosie (1 Krl 19,11–13).

Kiedy uczniowie zobaczyli Jezusa, przestraszyli się: to nasza typowa reakcja. Często w różnych wydarzeniach nie potrafimy poznać Boga, bo On nie podąża ludzkimi drogami. Kroczy po morzu. Jaki to paradoks! Do uczniów zbliża się Pan, lecz oni widzą zjawę. A ile razy powtarza się to w naszym własnym życiu.

Jezus nic im nie wyjaśnia, tylko mówi: „Ja jestem!” Tego rodzaju zapewnienie musi wystarczać uczniom na morzu – musi więc wystarczać i nam. Uczniowie wierzą Panu. Piotr w sobie odkrywa wzrost bardzo wielkiej wiary: „Jeśli to Ty, pozwól mi przyjść do Ciebie po wodach!” I dopóki trwa wiara, Piotr może iść. Może przechodzić przez morze. Może przechodzić na drugi brzeg.

Tak jak w Starym Testamencie, również w Nowym wszystkiego przechodzenie opiera się na wierze. Aby człowiek mógł być Hebrajczykiem, musi wierzyć. Bez wiary na drugi brzeg morza nie dotrze.

Wyjście z Egiptu, pustynia, ziemia obiecana, to wszystko są zapowiedzi: wielkanoc, czas Kościoła, dopełnienie czasu. W Nowym Testamencie to przede wszystkim sam Chrystus przchodzi. Zgodnie z św. Łukaszem Mojżesz i Eliasz na górze Przemienienia rozmawiali z Jezusem o swoim wyjściu, które miał dokonać w Jerozolimie (Łk 9,31). Jezusowi mówi niebieski Ojciec: „Wyjdź ze swojej ziemi!” – najpierw: Stań się człowiekiem. To jest wcielenie. A potem: Wyjdź z ziemi żywych. To jest ukrzyżowanie. A następnie: Wyjdź ze śmierci. To jest zmartwychwstanie. A jeszcze: Wejdź do nieba i zasiądź po mojej prawicy (por. Ps 110,1). I to jest cel drogi. Kiedy w Starym Testamencie droga Hebrajczyków prowadziła na granicy między życiem a śmiercią, Jezus przechodzi przez tę granicę. Jego – i nasza – przechodzenie to przechodzenie przez śmierć do życia. „Zostaliśmy więc chrztem razem z nim pogrzebani w śmierci, abyśmy – jak Chrystus został wskrzeszony z martwych chwałą Ojca – i my weszli na drogę nowego życia“ (Rz 6,4).

Nieustanne Boże wezwanie, które kierowane jest do nas, abyśmy nie osiedlali się w tym, co jest nasze, abyśmy dążyli naprzód, byli gotowi do rezygnacji z siebie i dążyli ku temu, co jest niebieskiego Ojca, jest zatem uczestnictwem w życiu Chrystusa, w Jego wyjściu, w Jego śmierci i zmartwychwstaniu.

Wyjście z siebie oznacza wyjście ze śmierci. To jest ostateczne, najgłębsze wyjście, do którego Bóg powołał Abrahama wiele stuleci temu. Ponieważ ziemia, która jest czysto i wyłącznie nasza, jest ziemią cienia śmierci. Człowiek ma wyjść z siebie, aby nie zginąć. Bóg powołuje nas do życia, abyśmy dzielili z Nim Jego tajemnice, tajemnice życia i miłości. On nie żyje dla siebie, ani nie jest zasiedlony sam w sobie. Wychodzenie z siebie, ofiarowanie siebie, przenikanie – to jest życie Najświętszej Trójcy. To jest pragnienie i istota miłości. Ojciec, Syn i Duch Święty – to jeden nieskończony ruch, płomień, żar, światło, byt napełniony miłością, jaka nigdy nie przyszła człowiekowi do głowy. Dlatego Bóg wzywa nas do wyjścia, do przechodzenia. Dlatego jest Bogiem wędrowców, Bogiem Hebrajczyków. Być Hebrajczykiem, przechodzić, kochać.