Beurey-sur-Saulx, 25. czerwca 1916
Droga Marg,
już od dwóch dni obozujemy w jednej uroczej, choć częściowo spalonej (w r. 1914) wsi w okolicy Bar-le-Duc. Wieczorem chodzę na spacer wzdłuż rzeczki z gładkimi, ale potężnymi wodami, która płynie, cicha i silna, między lasami i wysoką trawą na łąkach. Są tu surowo złote zachody słońca nad jeszcze surowszą zielenią. Wieś pachnie jak w dzieciństwie. Po Verdunie to rzeczywiście odpoczynek. Brakuje tu tylko jednej rzeczy – tej najważniejszej: kogoś, z kim mógłbym otwarcie porozmawiać i odetchnąć od wielu spraw. W tym względzie jestem zdany – jeśli można to tak ująć – na naszego Pana i na korespondentów, takich jak Ty.
Obiecałem Ci parę szczegółów o moim życiu w Verdunie (1). Właściwie mam bardzo mało do powiedzenia, ponieważ nasz pobyt tam był zwyczajny. Nasza brygada zajmowała uprzywilejowaną pozycję między szczytem 304 a lasem Avocourt, gdzie nie doszło do żadnego ataku. Tylko raz bombardowano nas dużym kalibrem; na szczęście jednak bez szkód. Prawie cały czas spędziłem w ciemnym schronie wykopanym na równinie Avocourt. Wychodziłem tylko po to, by obejść pierwsze linie lub zaplecze w Esnes. Z góry widok był zapierający dech w piersiach i urzekający (widok sięgał od Argonne aż do Vaux), ale jakże smutny! Grzbiety, gdzie walczymy, są całkowicie ostrzelane i jakby łysiejące: przypominają spalone brzegi wśród intensywnie zielonych zakrętów Meusy, otoczone lasami. Dalej, nad tą grozą, dominuje malowniczość. Szeroka, falista kraina, częściowo zatopiona w wysokich lasach, w której krzyżują się drogi zaopatrzeniowe i przebiegają niezliczone tajemnicze druty telefoniczne, ma w sobie szczególny, zniewalający urok. Wszędzie widać „ślady wojny”. Wojna całkowicie przykryła tę ziemię.
Wsie w pobliżu linii frontu są jak gniazda armat, do których można podejść tylko z drżeniem. Wspominałem o Esnes, gdzie znajduje się centrum polowych szpitali tego sektora (2): pociski artyleryjskie spadają tu niemal bez przerwy, rozbijają ruiny na kawałki i bardzo często miażdżą kogoś żywego. Wyobraź sobie, że z wysokości obserwowałem ostrą strzelaninę na cel, ostrzał naszych ambulansów, kalibrami 77 i 105. Ponieważ droga ucieczki była w jednym miejscu widoczna dla Niemców, każdy pojazd, który się pojawiał, znalazł się pod ostrzałem i deszczem pocisków, w drodze tam i z powrotem. Po dwóch godzinach tej gry w końcu trafili w środek (na szczęście byliśmy w stanie ocalić większość rannych). W okolicach, gdzie się znajdowaliśmy, niebezpieczeństwo, oprócz ostrzału, tkwiło w ilości małych granatów, które w zasadzie przez cały czas losowo spadały na rzadko rozmieszczone złe rowy, łączące okopy z tyłem. Ostatecznie prawie przestaliśmy zwracać uwagę na świsty dużych czy małych granatów – chyba że któryś z nich przyleciał zbyt blisko.
Krótko mówiąc, nie narażałem się na żadne szczególnie poważne niebezpieczeństwo, ale może z powodu fizycznej czy moralnej niedyspozycji ten pobyt w Verdunie (którego nie żałuję) bardzo mnie zmęczył. W takim przypadku trzeba nauczyć się mówić razem z świętym Pawłem: „Bo gdy jestem słaby, wtedy jestem mocny.” Przecież nie jest źle czuć, jak tracimy grunt pod nogami: tym szczerzej chwytamy się ręki naszego Pana. W ten piątek postaram się przybliżyć jak najbliżej (razem z Tobą, to oczywiste) Serca naszego Pana. Mam wielką potrzebę znów zanurzyć swoją duszę w Nim, aby mieć więcej wiary, więcej oddania, więcej życzliwości. (…)
Żegnaj. Jeszcze do Ciebie stąd napiszę.
Pierre
(Pierre Teilhard de Chardin SJ /1881–1955/, list z frontu, do kuzynki, 25. czerwca 1916;
cytowane według książki Pierre Teilhard de Chardin, Narodziny myślenia. Listy 1914–1919, 2021)
(1) Bitwa pod Verdun rozciągnęła się na długie dziesięć miesięcy roku 1916; liczba poległych przekroczyła 300 000 żołnierzy, około 500 000 innych zostało ciężko rannych lub zaginionych.
(2) Teilhard de Chardin jako ksiądz nie mógł walczyć, ale przez całe cztery lata brał udział w I wojnie światowej jako nosiciel rannych.