Pogląd Edith Stein na porażki i trudności w jejším życiu.

„Moją wielką radością jest nadzieja, że pewnego dnia wszystko stanie się jasne.“

Są ludzie, których życie od wczesnego dzieciństwa obciążone jest cierpieniem i różnorodnym rodzajem męki, a którzy nawet w dorosłości potykają się przez życie z jednej ślepej uliczki do drugiej. Kiedy się z nimi spotykamy, pytamy się z niepokojem: jak to z nimi pójdzie dalej? Jeszcze większy niepokój i lęk budzi w nas, naturalnie, gdy sami znajdujemy się w kryzysie życiowym i dochodzimy do punktu, w którym nasze własne życie jawi się jako ślepa uliczka lub zaklęty krąg, spowodowany nieodwracalnymi okolicznościami zewnętrznymi, różnymi „przypadkami”, interwencjami innych oraz naszymi własnymi błędnymi decyzjami, i przy najlepszej woli i staraniach nie widzimy wyjścia.

Życie Edith Stein też nie było łatwe i nie przebiegało w sposób prosty. Jako ulubienica licznej żydowskiej rodziny we Wrocławiu była co prawda rozpieszczanym dzieckiem, jednak przy swojej wrażliwości i ponadprzeciętnej inteligencji dostrzegała znacznie wyraźniej niż inne dzieci, co się wokół niej działo, i bardzo cierpiała z powodu tego, co słyszała i widziała, a co w jakiś sposób było w sprzeczności z jej wnętrzem. Odpowiadała temu głębokość kryzysu, który przeżyła w okresie dojrzewania, a który doprowadził do ostatecznego (jak wówczas wierzyła) rozstania z wiarą i z życiem religijnym.

Nawet jako studentka nie miała Edith łatwo. W swoim egzystencjalnym poszukiwaniu prawdy nie mogła uniknąć różnych rozczarowań. Studia z psychologii, które zaczęła z entuzjazmem i w które wkładała wielkie nadzieje, tych nadziei nie spełniły. Gdy odkryła fenomenologię Husserla i przeszła na uniwersytet w Gottingue, nagle otworzyły się przed nią nowe horyzonty. Ale nawet tym razem nie umknęło jej przez długi czas, że jej pragnienie absolutnej prawdy nie zostanie dostatecznie zaspokojone także tutaj. Zauroczona studentka filozofii szybko w taki sposób natrafiła na swoje granice (i granice swojego nowego kierunku), że popadła w głęboką depresję i w pewnym etapie tego okresu flirtowała z myślą o samobójstwie. Aby tego było mało, w sferze międzyludzkiej doszła do tego nieszczęśliwa miłość.

Nawet po bardzo udanym ukończeniu studiów nie została oszczędzona rozczarowaniom. Tym razem w obszarze kariery: pomimo nadzwyczajnego talentu i doskonałego egzaminu końcowego jako kobieta w dalszym ciągu pozbawiano jej uznania zawodowego. Kilka prób habilitacji nie powiodło się tylko dlatego, że była kobietą. Nawet współpraca z Husserlem, którego osobistą asystentką się stała, okazała się tak problematyczna, że po długiej, bezowocnej walce Edith nie widziała innego rozwiązania, jak odejść od swojego nauczyciela, którego bardzo szanowała.
Latem 1921 roku, po przeczytaniu Księgi życia św. Teresy z Avili, Edith Stein postanowiła poprosić o chrzest w Kościele katolickim. Ten krok oznaczał dla niej wprawdzie znalezienie odpowiedzi na długoletnie poszukiwanie sensu życia, ale jej życie nie stało się dzięki temu łatwiejsze. To, co jej głęboko uszczęśliwiło i wypełniło – to, co sama określiła jako „odnalezienie prawdy” – jednocześnie otworzyło nieprzekraczalną przepaść między nią a jej matką, która była głęboko zakorzeniona w żydowskiej wierze i którą Edith bardzo kochała.

Jeśli chodzi o zatrudnienie, otworzyły się przed nią „nowe drzwi”: najpierw pracowała jako nauczycielka w żeńskim gimnazjum Dominikanek od św. Magdaleny w Spyerze, a później stała się poszukiwaną wykładowczynią i docentką w Niemieckim Instytucie Pedagogiki Naukowej w Münsterze. Jednak spełnienie jej najgłębszego życiowego pragnienia (po nawróceniu na chrześcijaństwo) musiała przez wiele lat odkładać. To właśnie względy na matkę i wątpliwości duchowego przewodnika Edyty dotyczące słuszności tego życiowego kroku skłoniły tę konwertytkę do zrezygnowania – przynajmniej tymczasowo – z wejścia do klasztoru.

Paradoxalnie to dopiero skutki antyżydowskiego ustawodawstwa III Rzeszy, które uniemożliwiło jej jakąkolwiek aktywność zawodową, otworzyły jej bramę do kolneńskiego Karmelu. Pomimo osobistego szczęścia z odnalezienia swojego miejsca w życiu i w Kościele, z odnalezienia swojego powołania, którym niewątpliwie była szczególna część w Krzyżu Chrystusa (jak o tym świadczy jej imię zakonne Teresa Benedykta od Krzyża), jednak Edith, która z żadnym wypadku nie miała złudzeń co do celów nacjonalizmu socjalistycznego, niesamowicie cierpiała z powodu nienawistnych prześladowań i systematycznej „likwidacji” swojego narodu. Ostatecznie los tak wielu członków jej narodu stał się także jej losem.

Życie Edith Stein w żadnym wypadku nie przebiegało spokojnie i harmonijnie, bez zawirowań, kryzysów i rozczarowanych nadziei. Z punktu widzenia „wyłącznie” ludzkiego triumfalnie ani się nie zakończyło. Nie udało jej się w porę uciec z okupowanej Holandii i zmarła „przedwcześnie” w nazistowskiej komorze gazowej. W różnych kryzysowych sytuacjach także ona z pewnością wielokrotnie zadawała sobie pytanie, dlaczego jej życie toczy się właśnie tak, a nie inaczej. Jako karmelitanka, mając na uwadze to, co skrzyżowało jej życiowe plany i pragnienia, w jednym ze swoich listów napisała:

„Często myślimy, że rozumiemy własne dzieje. Jednak to, co wydaje się nam w nich jasne, zawsze jest tylko powierzchownym odzwierciedleniem tego, co pozostaje tajemnicą Bożą aż do dnia, w którym wszystko zostanie objawione. Moją wielką radością jest nadzieja, że pewnego dnia wszystko stanie się jasne. Wiara w ukryty sens historii niech nas wzmacnia zawsze, gdy to, co widzimy z zewnątrz (czy to na sobie, czy na innych), chciałoby nam zabrać wszelką odwagę.”
(Z listu do siostry Marii Ernst, 16. 5. 1941)

Według artykułu siostry Elisabeth Peeters, OCD, „Geistlich leben nach Edith Stein“
w czasopiśmie Karmel-Impulse, 1/1999, opracował: P. Norbert Żuška, O.Carm.