(Ćwiczenia z Elżbietą od Trójcy)
Czytaj dalejBlog
... żył w jej blízkosti najdłużej ... zakosztował její vyučování ... naprawdę poznał skryte tajemnice její duszy...
Czytaj dalej
(anonimowa modlitwa)
Czytaj dalej
Na jednej strane tu máme pred sebou Tereziu, mimoriadnu spoločensko-náboženskú a literárnu osobnosť 16. storočia, a na strane druhej Editu Steinovú, inú veľkú ženu storočia dvadsiateho...
Czytaj dalej
Jednoczenie się z Bogiem, które symbolicznie wyraża szkic Jana Hůrki doskonałości, jest jednocześnie celem i drogą życia duchowego...
Czytaj dalej
Apoftegma na povzbuzení k vytrvalosti: "Trpělivost a vytrvalost mají magickou moc, která se ve zlaté vteřině promění v úspěch."
P. Gorazd Cetkovský, O.Carm.
Opakovaně jsem slýchal vyprávět jedno apoftegma a pokaždé mne silně zasahovalo. Abych vám o něm teď mohl psát, vyhledal jsem ho v přesném znění:
Jeden stařec byl dotázán, jak se nemá horlivý mnich pohoršit, když vidí, že se někteří bratři vracejí do světa. Řekl: „Musí pozorovat psy, kteří štvou zajíce. Jak ten z nich, který zajíce uvidí, ho usilovně pronásleduje, avšak ostatní vidí jen toho pronásledujícího psa a chvilku za ním běží, ale nakonec se vrátí zpátky, a pak už zajíce štve jen ten pes, který ho prve uviděl. A štve ho, dokud ho nechytí; a od jeho záměru ho neodradí ani křoviska a ostny, ale běží třeba i středem trní a často se i odře. Tak i člověk, který hledá Krista Pána, sleduje bez přestání kříž a překoná všechna pohoršení, která ho potkají, dokud nedostihne ukřižovaného.“
Kapitola VII, ve které je toto apoftegma zařazeno,1 je nadepsána: „Různá vyprávění, která nás povzbudí k vytrvalosti a ke statečnosti“. Jenže u mne toto apoftegma mělo vždy právě opačný účinek! Uvrhovalo mne do malomyslnosti. Pochyboval jsem: nezačínám snad ve svém běhu polevovat? A opravdu běžím proto, že jsem „viděl“? Je má konverze a má zkušenost s Kristem dostatečná? Stačí k tomu, abych mu dokázal zůstat trvale věrný? Pokud dostatečná není, má to – podle tohoto výroku onoho starce – osudové důsledky. Dříve nebo později (je to jen otázka času) i já cesty za Kristem zanechám, protože jsem jej vlastně pořádně nezahlédl a protože jsem vystartoval jen proto, že ti druzí kolem mne za ním běželi. Není mi pomoci...
Znovu a znovu mne ten příběh trápil. A pak mi došlo, že ho mohu chápat ještě jinak: i ten pes, který se rozběhl jen proto, že utíkali druzí, může v některé chvíli – až během honu, tedy dodatečně! – zahlédnout zajíce, po jehož stopě se všichni ženou. Nikdy není pozdě, nikdy to není ztraceno!
Jaké poučení z toho plyne? Není důvod k zoufalství. I když mám o intenzitě své zkušenosti s Kristem a o počátku své konverze pochybnosti, je důležité držet se ostatních a horlivě pelášit s nimi. Oni mi pomohou držet správný směr a po nějakou dobu v běhu vytrvat. Ba dokonce je dobře být v jejich houfu co možná vpředu, abych viděl před nás. To znamená: prostě poctivě dělat to, co k cestě za Ježíšem patří, i když mne trápí myšlenky, že to v mém případě nemá pořádnou jiskru či šťávu. Tak nejlíp vytvořím šanci, abych toho, za kterým se ženeme, přeci jen spatřil! Byť až tehdy, když už nějaký čas běžím. I já ho – co na tom, že opožděně? – zahlédnu a od té doby se můj běh za ním promění. Stanu se totiž tím, který viděl, a proto – jak říkal ten stařec – už nepoleví.
Obrazki z historii zakonu jako pomoc karmelitánom k jeho obnovie.
Dr. Edeltraud Klueting
Historia zakonu przed jego ostatecznym papieskim zatwierdzeniem: narodziny napięcia1
Najstarszym dokumentem, potwierdzającym istnienie grupy pustelników obrządku łacińskiego na górze Karmel, jest „reguła życia”, którą między latami 1206 a 1214 napisał łaciński patriarcha Jerozolimy Albert z Vercelli. Wspomina się w nim, że uczynił to na ich prośbę. Jego tekst jest bardzo krótki, opisuje prosty i surowy pustelniczy sposób życia w naśladowaniu Jezusa Chrystusa i zawiera także podstawowe przepisy dotyczące mieszkania braci.
Każdy z braci ma mieszkać w swojej własnej, oddzielnej celi, którą mu wyznaczy przeor. W celi lub w jej pobliżu ma trwać w medytacji i modlitwie. Cela przeora ma być blisko wejścia do całego okręgu cel, aby pierwszy mógł spotykać się z wszystkimi, którzy przychodzą w to miejsce. Oratorium, które zostało poświęcone Najświętszej Maryi Pannie, ma być zbudowane w środku cel, jeśli pozwalają na to lokalne warunki. W tych krótkich „architektonicznych” wytycznych jako wzór odbijają się klasyczny, archaiczny typ palestyńskiego osiedla mniszego, tzw. laura. Jakub z Vitry w swoim dziele Historia Orientalis potwierdza, że pustelnicy żyli na górze Karmel „w celach, podobnych skromnym węgierskim ulom, i przygotowywali, jak pszczoły Pana, miód duchowych słodyczy.”
Pełne papieskie zatwierdzenie „reguły życia” karmelici uzyskali dopiero wtedy, gdy część tych pustelników przeniosła się do Europy i osiedliła się tu. I dopiero dzięki temu zatwierdzeniu z grupy łacińskich pustelników stał się zakon, który przyjął struktury należące do życia zakonnego i uformował się na nowo jako zakon tzw. żebraczy (mendykanty).
Czwarty sobór laterański w 1215 roku zakazał spisywania nowych reguł zakonnych i w ten sposób wobec reguły karmelitów (tj. owa „reguła życia”) wzbudził nieufność, chociaż nie prowadził o niej bezpośrednich obrad. Drugi sobór w Lyonie w 1274 roku zatwierdził ją tylko na okres przejściowy. Dopiero w 1298 roku – dotychczas niepewna – egzystencja zakonu karmelitarzy została umocniona przez papieskie zatwierdzenie. Napięcie między tradycją pustelniczych początków wspólnoty a późniejszym rozwojem w zakon żebraczy, żyjący w wielu miastach Europy, albo innymi słowy: napięcie między przeciwnymi biegunami, którymi są jednostka i wspólnota, określa do dziś duchowość i tożsamość zakonu karmelitańskiego.
Zmiana tekstu reguły w 1247 roku – napięcie narasta
Zmiana „reguły życia”, osiągnięta przez Innocentego IV w 1247 roku, zawiera decydujące nowości. Uwzględnia zmienione warunki życia w Europie w porównaniu do Ziemi Świętej. Wytyczne oryginalnej reguły, określające rozkład przestrzeni, które należą do wspólnego życia karmelitów, zostały wprawdzie przejęte dosłownie, jednakże jest jasne, że wyobrażenia o kształcie i funkcji cel braci uległy zmianie. Do kompleksu poszczególnych cel, które znajdowały się wokół oratorium, została teraz włączona jeszcze wspólna jadalnia (refektarz). To jest decydujący krok w kierunku wzmocnienia wspólnego życia braci. Czegoś takiego pustelnicy nie praktykowali. Podczas gdy dotychczas każdy brat przygotowywał i jadł swoje posiłki sam, teraz zostało to usunięte postanowieniem: „Jednak to, co wam będzie przedłożone, spożywajcie razem w wspólnym refektarzu i przy tym słuchajcie jakiegoś czytania z Pisma Świętego, gdzie to można łatwo zachować” (Reguła, rozdz. 7).
Wkrótce między braćmi zaczęły się pojawiać głosy sprzeciwu. Pojawiły się pierwsze prądy reformacyjne w zakonie, dążące do zachowania pierwotnego pustelniczego ideału. Pisana Ognisty strzał (Ignea sagitta), która tradycja zakonna przypisuje (z założeniem, że została napisana około 1271 roku) generałowi przeorowi Mikołajowi, zwanemu Gallusem (Francuz), przypomina braciom o ich pustelniczym pochodzeniu i podkreśla, że wartość celi polega na tym, że bratowi umożliwia ona odosobnienie i ciszę. „Ale wy, którzy mieszkacie w miastach, którzy zamieniliście pojedyncze cele na wspólny dom, jaką działalność duchową wykonujecie, co jest waszym świętym zajęciem?” Wyraźnie podkreśla się tutaj: cela nie jest przestrzenią, która ma być poszukiwana tylko do spania, podczas gdy przez cały dzień bracia marnotrawili swój czas na ulicach i placach miasta. Cela zresztą nie została zbudowana dla niczego innego jak dla nieprzerwanej modlitwy.
Dla całkowitej przemiany w zakon żebraczy niezwykle istotne jest, że nowa zmiana reguły umożliwiła, aby bracia przy osiedlaniu się w innych miejscach wybierali miejsca całkowicie dowolnie. Nie są już zobowiązani osiedlać się jedynie „na odosobnieniu” (jak to miało miejsce w regule dotychczas), ale mogą mieć swoje siedziby „tam, gdzie będą wam dane”. To stanowi decydujący krok, aby mogli nabywać własność miejsc budowlanych w miastach, a tym samym, aby naprawdę stal się żebraczym zakonem. Ponieważ karmelici w tych miejscach nie byli samozwrotnikami (pod kątem zapewnienia sobie żywności) i zatem ich siedziby nie potrzebowały budynków gospodarczych, wystarczyła im dla ich klasztorów stosunkowo mała powierzchnia. W miejskim środowisku mogli przyjąć naprawdę jakąkolwiek lokalizację, która im była dana, i umiejętnie ją wykorzystać.
Ogłoszenie ustępu z zgiełku miast
Wielki reformator zakonu w XV wieku, generał przeor bł. Jan Soreth,2 opisał karmelitańskie powołanie jako ustąpienie z miast i poszukiwanie samotności. Z tym jednak nasuwają się zasadnicze pytania: jak karmelici przetwarzali ten przełom wobec swojego dotychczasowego stylu życia i wobec swojej dotychczasowej historii? Jak udało im się znaleźć nową tożsamość? Aby odpowiedzieć na te pytania, chciałabym skorzystać nie z pisemnych źródeł, ale z zachowanych zabytków sztuki – malowideł ściennych i fresków. Dzięki nim można w bardzo ładny sposób śledzić ten rozwój.
Malowidła ścienne w przestrzeniach klasztorów
Reformacyjne konstytucje zakonu od bł. Jana Soretha z 1466 roku, ale także konstytucje reformacji tourainskiej z 1656 roku, kładły duży nacisk na prostotę co do wyposażenia budynków klasztornych. W praktyce jednak w niektórych sprawach na te przepisy nie dbano. Przeciwnie, w zakonie karmelitańskim wówczas charakterystyczne stało się coraz bardziej kosztowne wykonanie krużganku, sali kapitularnej i refektarzy poszczególnych klasztorów. Te przestrzenie były w szczytowym i późnym średniowieczu, a także wczesnym nowożytności w dużej mierze wykorzystywane także dla celów publicznych.
Tutaj obradowała – biorąc jako przykład refektarz karmelitańskiego klasztoru we Frankfurcie nad Menem – rada miejska, ale także sąd cesarskiej komory i organy administracyjne niektórych okręgów cesarskich. W klasztorach były dodatkowo zakwaterowywani legaci papieża i inni dostojni goście, którzy przejeżdżali przez miasto i chcieli zatrzymać się w nim na dłużej. W Kolonii wybory rektora uniwersytetu, odbywającego się co kwartał, miały miejsce na przemian w czterech konwentach zakonów żebraczych, a także profesorowie z jednego z mendykantów wykładali swoim studentom w swoich własnych klasztorach. Dostępność publiczności do tych przestrzeni klasztoru dawała możliwość zaznajomienia jej z historią zakonu. Innymi słowy: obrazowały tu tożsamość zakonu.
W czasach bł. Jana Soretha, w XV wieku, a potem w XVI wieku, karmelici zaczęli więc nie tylko pisać historię swojego zakonu, ale także ją obrazować. Wykonania artystyczne dotyczące historii zakonu – malowidła ścienne, oleje i witraże okienne – w karmelitańskich klasztorach pochodzą – gdy mam na myśli dolno-niemiecką prowincję – z czasu późnego XV i wczesnego XVI wieku.
Badałam tylko klasztory tej prowincji, ponieważ ograniczony czas nie pozwolił mi na więcej. Około roku 1500 należało do niej 34 męskich i 5 żeńskich klasztorów. Budowle średniowiecznych klasztorów lub ich resztki pozostały w Hirschhorn, Frankfurcie i Moguncji. W tych miejscach zachowały się również malowidła ścienne. Z kolonijnego klasztoru karmelitów „am Weidmarkt” nie został ani jeden kamień, ale w kronice prowincji znajduje się dokładny opis malowideł ściennych, które się w nim znajdowały. Te cztery przykłady dostarczają nam wgląd w to, jak wówczas karmelici przedstawiali historię swojego zakonu. A ten wgląd jest niezwykle fascynujący.
Podczas gdy na przykład dominikanie we Frankfurcie nad Menem wówczas zadowolili się prostym przedstawieniem historii swojego zakonu w postaci drzewa,3 które przedstawia analogię do korzenia Jessego (por. Iz 11,1), karmelici stworzyli na malowidłach ściennych dużego formatu imponującą iluzję o pochodzeniu swojego zakonu z góry Karmel oraz o tym, że są kontynuatorami starotestamentowych proroków Eliasza i Elizeusza oraz „uczniów prorockich” (o których pisze się w 1 Król 17 – 2 Król 13).
Czasowa sekwencja stworzenia tych „historii zakonu w obrazach” z ważnymi wydarzeniami w rozwoju zakonu w drugiej połowie XV wieku jeszcze wyraźniej ukazuje ideowe powiązania, które się tu ujawniły. Reforma Jana Soretha, który stał się generałem przeorem roku 1451 i w tym samym roku rozpoczął swoją działalność reformacyjną, po jego śmierci w roku 1471 pod wpływem pokolenia jego następców była zagrożona i wydawało się, że upadnie. Dlatego jego biograf, Jan Oudewater, znany jako Jan Palaeonydorus (którego Soreth osobiście oblekł w habit karmelitański w 1455 roku, kiedy reformował klasztor w Mecheln) poprzez swoje dzieła, opisujące historię zakonu, utrzymywał w pamięci braci impulsy reformy Jana Soretha oraz inspirację pustelniczym ideałem, utożsamionym z prorokiem Eliaszem. Jego najważniejsze dzieło, traktat „Liber trimerestus de principio et processu Ordinis Carmelitici” ukazało się drukiem w roku 1497 w Moguncji.
W tym, że powoływali się na Eliasza jako na założyciela swojej wspólnoty, karmelici znaleźli znacznego zwolennika m.in. w papieżu Sykstusie IV. W bulli Dum attenta z roku 1476 (która nazywana jest „mare magnum carmelitarum”, czyli „wielkim morzem” uznania, okazanego karmelitom), ogłosił, że karmelici są uprawnionymi dziedzicami i następcami proroków Eliasza i Elizeusza oraz innych ojców, którzy żyli przy źródle Eliaszowym.
Moja teza dotycząca celu ukazywania historii zakonu:
Programy ikonograficzne wspomnianych malowideł ściennych pełnią kilka celów. Po pierwsze są – dla samej wspólnoty zakonnej – przypomnieniem o reformie, szerzonej przez Jana Soretha, oraz jej wsparciem. W obrębie zakonu te programy ikonograficzne odzwierciedlają owo starania o odnowę, poprzez zwrócenie uwagi na pierwowzór bożego pustelniczego życia proroków na górze Karmel. W ten sposób kontynuują one promowanie odnowy życia zakonu. A reformy nie można traktować jako jakiegoś jednorazowego aktu, lecz to, że się o niej pisze (i czyta) wielokrotnie i że bracia w klasztorze mają często na oczach widok tego pierwotnego źródła, które inspiruje reformę, przypomina o jej stałej aktualności.
Po drugie, te przedstawienia są także przeznaczone dla oczu ludzi z zewnątrz i rozwijają koncepcję „estetyki”, własnej zakonowi karmelitańskiemu, poprzez którą zakon sam się przedstawia innym.
Co miały malowidła mówić samym karmelitom
Do pierwszej części mojej tezy, czyli do tego, że przedstawione tematy związane są z reformą promowaną przez Jana Soretha, znajdujemy kilka dowodów w malowidłach w klasztorze w Hirschhornie nad Neckarem.
Hirschhorn
Malowidła ścienne w kapitularnej sali klasztoru Najświętszej Marii Panny w Hirschhornie powstały około 1509 roku i pochodzą z kręgu artysty, który nazywał się Jerg Ratgeb. Malowidła pokrywają ścianę, w której znajdują się okna, a także przeciwległą dłuższą ścianę pomieszczenia.
Ściana z oknami jest udekorowana postaciami świętych w rozmiarze naturalnym. Postacie są przedstawione zarówno na powierzchni samej ściany, jak i po bokach każdego okna w jego ościeżnicy. Środek całej grupy postaci podkreślony jest przedstawieniem Najświętszej Maryi Panny, która świętemu Szymonowi Stockowi przekazuje szkaplerz.
Zobacz Tabelę (klikając powiększ):

Na przeciwległej ścianie w dziesięciu polach przedstawione jest biblijne opowiadanie o Eliaszu według 1 Król 17–19, zaczynając od proroctwa Eliasza przed królem Achabem (1 Król 17,1) i cudownego zaopatrywania Eliasza w jedzenie przez kruki (17,2–4). Obrazy zachowały się w uszkodzonym stanie, ostatnie cztery nie zachowały się wcale. Ostatni zachowany wizerunek przedstawia namaszczenie Elizeusza na proroka. Poszczególne wyobrażenia są opatrzone komentarzem.
Opowieść o Eliaszu ma tu kilka znaczeń:
Pokazuje, że tradycja życia na górze Karmel sięga aż do proroków ze Starego Testamentu. Celowo łączy współczesność tego, kto patrzy na malowidła, z tradycją pustelniczego życia na górze Karmel, gdzie zakon powstał i która jest uświęcona wydarzeniami z życia proroków.
Przedstawienia ukazują karmelitom w proroku Eliaszu przykład wielkiej wiary. Podkreślona jest również Boża wybór Eliasza i Eliasz jest szanowany jako założyciel zakonu. A historycznym połączeniem między Eliaszem a współczesną historią zakonu są święci, przedstawieni na ścianie z oknami. Na ich przykładzie wyraźnie widać, jak tradycja proroków i pustelników nadal się w zakonie kontynuuje. Są mostem, który pokrywa odległość między „pierwszym założeniem” zakonu poprzez proroka Eliasza a nowym początkiem na Zachodzie dzięki francuskiemu królowi, świętemu Ludwikowi IX. Dzięki temu wyraźnie ukazana jest centralna myśl: przypomnienie o początku zakonu i o konieczności ciągłego zaczynania na nowo (ciągłej odnowy życia zakonu).
Jednak centralną „duchową kotwicą” zdobienia sali kapitularnej jest przedstawienie Najświętszej Maryi Panny. Przekazanie szkaplerza świętemu Szymonowi Stockowi jest szczególnym wyrazem przychylności Maryi i ukazuje szczególny wybór zakonu karmelitańskiego. Przekazanie szkaplerza oznacza pewność zbawienia. W kapitularnej sali odbywały się również tzw. kapituly win, w trakcie których bracia wyznawali winy, których się dopuszczili, wyznaczano im, jakie pokutę mają podjąć, a oni ją przyjmowali. Tutaj przed obliczem Najświętszej Maryi Panny grzeszny brat był ponownie przyjmowany do wspólnoty, która stoi pod jej szczególną ochroną.
Również wybór i kolejność przedstawienia świętych zakonu nie są przypadkowe. Odpowiadają ówczesnej liturgii karmelitańskiej oraz także legendarium, które wówczas czytano w klasztorach. Dla porównania miałam do dyspozycji legendarium z klasztoru karmelitek w Namur, który został założony przez bł. Jana Soretha. Pochodzi z ostatniego dziesięciolecia XV wieku. W nim są legendami reprezentowani ci święci: Eliasz, Elizeusz, Jonasz, Albert z Trapani, Andrzej Corsini, Angelus z Sycylii i Piotr Tomasz. W przeciwieństwie do przedstawień z sali kapitularnej w Hirschhornie tutaj więc brakuje Dionizego, Cyryla i francuskiego króla Ludwika.
Przekraczalibyśmy zakres tej rozprawy, gdybym miała zajmować się także porównaniem z literackimi źródłami. Dobrze przebadał to Pachalis Kallenberg.4 Chciałabym zwrócić uwagę tylko na to, że sami święci zakonu byli w karmelitańskim brewiarzu z naturalnością czczeni jako „festum duplex” (mówiąc prosto: na ich czczenie położono duży nacisk). Również na świadectwo z zakresu literatury mogę w tym artykule wskazać tylko krótko. Najbardziej znaczący literat zakonu karmelitańskiego, bł. Baptista Mantuanus, współczesny Janowi Sorethowi i jednocześnie także wielki odnowiciel zakonu, wychwalał w swoich hymnach zalety surowszego przestrzegania i powrotu do początkowego pustelniczego ideału Karmelu. O Janie Palaeonydorze już się wspomniałam. Jego „kronika” stanowi tym, co się w niej opowiada, podstawę programu ikonograficznego malowideł ściennych, których tutaj doświadczamy. W ten sposób były wówczas historie zakonu i postacie świętych zakonu obecne na wszystkich płaszczyznach życia obserwantów (tj. zreformowanego) klasztoru: przypomniano je podczas modlitwy, podczas czytania z legendarium i były zobrazowane w uczęszczanych przestrzeniach klasztoru.
Co miały malowidła mówić ludziom z zewnątrz
Do drugiej części mojej tezy, czyli do tego, że poprzez malowidła zakon przedstawiał siebie samego i oddziaływał na swoich gości, zanotujmy: jest znamienne, że wystroju krużganku, sali kapitularnej i refektarza poświęcano stopniowo coraz większą uwagę. Jak już wspomniałam, te przestrzenie były dostępne również dla ludzi z zewnątrz, nieczłonków zakonu, i służyły – można powiedzieć – publiczności jako przestrzenie społeczne.
Kolonia
Klasztor karmelitów w Kolonii (założony w roku 1255 jako pierwszy w Niemczech) mógł się szczycić reprezentatywnym wyobrażeniem historii zakonu, które składało się z 20 malowideł, przy czym do każdego dołączone było distychon (dwuwiersz) jako wyjaśniający komentarz. Cykl został stworzony około roku 1500 i do dnia dzisiejszego się nie zachował. Niemniej jednak znamy go z opisu w kronice prowincji. Był do obejrzenia w tzw. camera hospitum (pokoju dla gości). Czyli ludzie z zewnątrz mogli się do niego dostać nie tylko przypadkiem przy okazji swojego pobytu w klasztorze, ale był prawdopodobnie przygotowany wprost po to, aby tym ludziom opisać historię zakonu. Choć się nie zachował, kronikarze z XVII wieku dobrze go znali i zachowali nam w całości treść napisów do wyobrażeń. Cykl zlecił do wykonania prowincjał Dietrich von Gouda (zmarł w 1539 roku) polecając przedstawienia historii zakonu od czasów proroka Eliasza do założenia klasztoru kol pfl azyjskich.
Teksty distichów zachowały się w całości i wynika z nich, że malowidła miały przybliżać pochodzenie karmelitów i dowodzić legitymacji oraz ciągłości zakonu. Wytworne przedstawienia i przyległe teksty wzajemnie się wyjaśniają, dzięki czemu powstały ilustrowane dzieje zakonu. O założeniu klasztoru kol pfl azyjskich mowa jest w 15. i 16. distychu, 17. distych mówi o ocaleniu karmelitów przez Ludwika IX. Następny distych opowiada o tym, jak karmelici zamiast prążkowanego płaszcza zaczęli używać płaszcza białego. Cały cykl kończy się prośbą do Matki Bożej, patronki zakonu, o błogosławieństwo.
Frankfurt nad Menem
Całkowicie inaczej przedstawił historię zakonu malarz Jerg Ratgeb w roku 1517 w frankfurckim klasztorze. Ten klasztor przystąpił do reformy Jana Soretha w 1469 roku i już w 1492 roku zlecił przedstawienie historii zakonu oraz legendarną opowieść o św. Annie na retabulum jednego ołtarza. O tym dziele, jak i o malowidłach w krużganku tamtego klasztoru tu dla zwięzłości nie będę mówić dokładniej. W krużganku przedstawione są dzieje zbawienia od stworzenia świata do życia i cierpienia Pana Jezusa oraz po ostatni sąd.
Skupię się na rozległym malowidle w refektarzu (jadalni) klasztoru. Jest to monumentalne dzieło o wymiarach 28,5 m szerokości i 4 m wysokości. Zostało ukończone w roku 1517. Pokrywa całą południową ścianę refektarza i przedstawia olbrzymią scenerię z pustelnikami. W jej obrębie umieszczone są cztery wyobrażenia z dziejów zakonu, bez roszczeń do chronologicznej kolejności. Wszystko dzieje się w jedynej obecności, wszystko dla tego, kto patrzy na obrazy, „dzisiaj”:
Życie proroka Eliasza.
Życie proroka Elizeusza.
Prześladowania karmelitów w Ziemi Świętej.
Ucieczka karmelitów do Europy z pomocą francuskiego króla, św. Ludwika IX.
Życie obu proroków jest przedstawione według relacji w Księgach Królewskich. Prześladowania i męczeństwa karmelitów w Ziemi Świętej są ukazane dramatycznym przedstawieniem i napisem na dywanie, namalowanym nad wyobrażeniem. Według tekstu dotyczy to okresu od roku 537 po Chrystusie do roku 1290. Malarz łączy w jeden obraz wydarzenia czasowo i miejsca bardzo odległe. Wszystko zostało przedstawione jako jedno wielkie martyrium. Miejscem, gdzie wszystko opowiadane się dzieje, jest góra Karmel, otoczona morzem. Jerg Ratgeb opisuje napaść na pustelników, którzy żyli w świętych miejscach, oznaczonych „fons Heliae” (pramen Eliasza) i „spelunca Heliae” (jaskinia Eliasza). Różne sposoby męczeńskiej śmierci zostały podane realistycznie i szczegółowo. Klasztory są podpalane, przedmioty kultu są niszczone, mnisi rzucają się z okien płonących budynków. Niektórzy są biczowani, bezkarnie wyszywani, topieni, strzelani z łuków, wciągani za końmi, paleni razem ze swoimi świętymi książkami itd. Trzech z nich na placu egzekucji za klasztorem krzyżuje się, co wyraźnie sugeruje, że chodzi o aluzję do trzech krzyży na Golgocie i że powodem męczeństwa wszystkich jest naśladowanie Chrystusa.
Osoby są bezimienne, nie ma przy nich żadnych napisów, które pozwoliłyby nam je zidentyfikować. Ta zanonimizowana forma przedstawienia ma przyciągnąć nas ku temu, aby cały zakon był w naszych oczach męczennikiem. Tylko jedna jedyna osoba jest tu oznaczona imieniem, mianowicie św. Gerard, który jest spadający w dół z wysokiej góry w przepaść. Jan Palaeonydorus pisze o nim w 10. rozdziale drugiej części swojej kroniki zakonu. Jego imię nosił jeden klasztor dolno-niemieckiej prowincji: Geraardsbergen. Napis na dywanie w nieznacznym przekształceniu przejmuje tekst Palaeonydorusa i kończy się słowami: „Zniszczyli klasztory do fundamentów i spełniło się to, co prorokował Izajasz 16: „Radość i wesele będą od Karmelu odebrane,”5 oraz Jeremiasz 48: „Znikła z Karmelu radość i wesele.”6
Szczytem i zakończeniem monumentalnego malowidła jest przedstawienie ocalenia karmelitów przez francuskiego króla, świętego Ludwika. W ścisłej powiązaniu z tekstem Palaeonydorusa (3. księga, 4. rozdział, str. 164) pojawia się napis nad wizerunkiem, że około roku 1248 podczas krucjaty francuski król z jego łodziami przypłynął u stóp góry Karmel, kiedy Najświętsza Maryja Panna ocaliła go z niebezpieczeństwa na morzu. Wziął więc ze sobą kilku karmelitów do Francji i osiedlił ich w Paryżu. Palaeonydorus pisze, że było ich ośmiu.
Malarz Ratgeb od tego opisu wydarzeń odchodzi i na swoim malowidle przedstawia jakby exodus całego zakonu, który wznosi się w uporządkowanej procesji z odpowiednimi sztandarami, księgami liturgicznymi i darami. Napis trzyma się tekstu Palaeonydorusa i brzmi: „Około roku 1248 święty Ludwik, wzniosły król francuski, z różnymi książętami innych krajów, po tym jak w Ziemi Obiecanej dokonał wielu czynów wojennych przeciw Saracenom, pokornie odwiedził święty grób i inne święte miejsca. Po tym, jak dzięki łaskawemu wstawiennictwu Rodzicielki Bożej wobec niebezpieczeństwa na morzu u stóp góry Karmel został uratowany, wszedł sam na tę górę. Poruszony rozsądnymi przymówkami braci świętej Marii, którzy tam skromnie żyli, oraz dobrą sławą i pobożnością wybitnych braci zakonu świętej Najświętszej Marii, wziął niektórych z braci z pozwoleniem przeora do Francji i zbudował im w swoim mieście Paryżu klasztor. Ci do siebie przyjęli kolejnych i stopniowo zakładali w różnych krajach Francji i Niemiec klasztory naszego zakonu.”
Moguncja
W klasztorze w Moguncji zachował się do naszych czasów tylko jeden wizerunek: porwanie Eliasza na wozie z dwoma ognistymi końmi (według 2 Król 2,11–14). Prawdopodobnie również w tym klasztorze przedstawiony został cały cykl obrazów z historią Eliasza, ale zachowało się to tylko jedno malowidło.
Malowidła są częścią całkowitego wysiłku odnowy zakonu do wierności jego początkom
Na zakończenie chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na złożoność relacji między rzeczywistością przestrzeni a przestrzenią w umyśle. Jest zbyt zawężające, jeśli przedstawianie dziejów uważamy ze strony karmelitów jedynie za zewnętrzny wyraz ich potrzeby reprezentacji, samopotwierdzenia czy budowania sobie własnej tożsamości. To jest wykład, który ulpiewa tylko na poziomie realnej architektury i sztuki.
Programy artystyczne, zawierające galerie świętych zakonu i kluczowe sceny historii zakonu, jednak poprzez prezentację wszystko jako obecne mają wielkie znaczenie jako wyraźny symbol. Poprzez pomijanie odmienności okresów, kiedy wydarzenia miały miejsce, i przekształcanie przeszłości w teraźniejszość, tworzą most między sprzecznością a zgodnością pod względem czasu (diachronii i synchronii). Przebieg dziejów jest tak przedstawiany jako spełnianie się Bożego planu z ludźmi. Typologia przechodzi w eschatologię, a przez pryzmat wydarzeń przeszłych spogląda się w przyszłość. Sceny, przedstawione na ścianach, przedstawiały umysłom do medytacji wzory silnej, bezwarunkowej wiary i cennych Bożych wybrania: męczenników na górze Karmel, którzy za swoją wiarę zginęli, świętych i błogosławionych Eliasza, Elizeusza, Jonasza, Alberta, Andrzeja Corsiniego, Piotra Tomasza i innych, z którymi współczesni bracia karmelici spotykali się codziennie również podczas czytania legendarium oraz podczas celebrowania liturgii, własnej ich zakonu. To wspólne działanie mówionego, śpiewanego i pisanego słowa oraz obrazów, przywołujących dane wydarzenia i postacie, możemy uznać za całościowy koncept, za pomocą którego reformatorzy zakonu drogą przypominania pierwowzoru pustelniczego, bożego życia na górze Karmel umacniali wewnętrzną spójność zakonu. Pamięć o Bożych zbawczych czynach przeszłości miała współczesnym wskazywać drogę w przyszłość.
Karmelitańska tożsamość osiąga wyobrażenie góry Karmel. W tych przestrzeniach klasztoru, które nie zostały wyposażone w malowidła ścienne, znajdujemy zatem zazwyczaj przynajmniej przedstawienie znaku zakonu, który symbolicznie przypomina górę Karmel. Heraldyczny opis dostrzega w tym znaku jedynie wygięty grot, ale karmelici widzą w nim symbol, który reprezentuje górę Karmel, własne ideowe centrum zakonu karmelitańskiego, na które zawsze się przypominało i któremu trzeba pozostać wiernym. Przedstawienie znaku zakonu w sobie przechowuje i przechowuje nadal przypomnienie, że zakon powstał z pustelników w Ziemi Świętej, a zatem mendykanci w wielkich miastach świata nieustannie przypominają o początku, z którego się wywodzą.

Dużo myślałem o tym, czy ten interesujący temat ma jakieś odniesienie w naszym codziennym życiu. I my otaczamy się obrazami czy zdjęciami: rozkładamy je na ścianach naszych mieszkań, na biurku, instalujemy na monitorze komputera. Fotografia, którą wcześniej nosił się w portfelu, zastąpił dziś tapeta na wyświetlaczu telefonu komórkowego.
Co do tematu wciąż niestety jest dość miejsca na kicz: idyllicznych krajobrazów, kanionów, psów w okularach itd. Niektórzy w ten sposób „uwieczniają” motocykle, koleje, latarnie morskie, kwiaty, dzieci. Tylko część z nas wykorzystuje to, aby w ten sposób na stałe przypominać sobie o swoich bliskich: o swoich dzieciach, rodzinie, miejscach, gdzie spędzili wspaniałe chwile na wakacjach itd.
Ale kto tak ustawia przed sobą swoje wzory? (Z pewnością zgodzicie się ze mną, że zdjęcia sportowców i aktorów, które lubią młodzi ludzie, nie są tym rodzajem, który miałbym na myśli.) Pewnie tu odzwierciedla się dzisiejszy ogólny złożony stosunek do wzorów i autorytetów.
Przekształćmy więc pytanie. Kto tych środków używa do celowego kierowania swoich myśli (na które rozproszenie inaczej tak narzekamy)? Kiedy tak się Was pytam, nic nie forsuję. Staram się tylko podnieść nas do refleksji – w jak najszerszej perspektywie – i skierować nas do podstawowego pytania: warto by było z tych rzeczy korzystać lepiej czy nie?
My przy tych obrazach, które mamy wokół siebie, o tym, co mają one mówić, może zazwyczaj nie myślimy. Po prostu chcemy mieć je na oczach. Ich sens być może nie sformułowaliśmy. Dobrze, spróbujmy teraz go wyrazić!
Jeśli pozwolimy się nakierować myślom dr Klueting: co tym, że odpowiednio otoczymy się obrazami, które wówczas na bieżąco mówią nam o tym, gdzie są nasze korzenie, mówimy sami sobie? Zasugeruję swoje spostrzeżenia: chodzi tu o uwolnienie się z więzów teraźniejszości. O przypomnienie sobie o Bożych dziełach i darach. Przypomnienie o przeszłości może wkrótce stać się wskazówką, jak inaczej można uchwycić teraźniejszość.
A co tymi obrazami chcemy powiedzieć innym? (Monitor jest zazwyczaj moim prywatnym, ale obrazy w salonie dobieram z myślą o gościach. One mają też cel reprezentacyjny.)
Chcemy podzielić się swoim gustem i tym, co nas cieszy. Z czego żyjemy. I tu moglibyśmy przejść do rozważania o krzyżu w naszych domach i podczas naszych podróży itd.
Temat mógłby się otworzyć na nowy wymiar...
P. Gorazd, O.Carm.
To jest graficzny wiersz św. Jana od Krzyża, który przedstawia dzieło duchowe na rozciągnięciu jednego arkusza papieru o takim rozmiarze, aby zmieścił się do brewiarza...
Czytaj dalej
rozdział z książki Modlitwa ubogiego
Czytaj dalej
Msze jako inspiracja do większej koncentracji podczas liturgii (część 3)
P. Gorazd Cetkovský, O.Carm.
Czwarty sposób: śledzić przebieg mszy za pomocą książki
Po dwóch nabożeństwach mszy (według św. Alfonsa i według św. Leonarda da Porto Maurizio), z którymi już się zapoznaliśmy, Książka misyjna w wydaniu z 1925 roku zawiera jeszcze trzeci dział, zatytułowany: III. Modlitwy podczas mszy świętej według mszału rzymskiego. A do tego pouczenie:
„Jest wiernym bardzo pożyteczne, gdy znają i podczas mszy świętej równocześnie z kapłanem odmawiają modlitwy, których święty Kościół sam używa. Dlatego zamieszczamy tutaj modlitwy, jak je kapłan modli się podczas mszy świętej w święto najświętszej Trójcy, obok z tłumaczeniem na język czeski. Wierni mogą z nich korzystać podczas każdej mszy, szczególnie podczas śpiewanej mszy świętej. Z reguły te modlitwy są zawsze takie same, tylko niektóre części zmieniają się w zależności od święta.”
W tym widzimy owoce tzw. ruchu liturgicznego. Gdy bowiem w XIX wieku pogłębiono badania nad historią starożytnego Kościoła oraz pismami Ojcami Kościoła, ożywiło się również poznanie, jak liturgię przeżywali chrześcijanie w pierwszych stuleciach chrześcijaństwa. A papież Pius X (1903–1914), który dążył do odnowy życia Kościoła i pogłębienia pobożności, zachęcał wiernych: „Nie módlcie się podczas mszy świętej, ale celebrujcie mszę świętą!” Ten papież już na początku swojego pontyfikatu ogłosił, że liturgia jest niezastąpionym źródłem prawdziwej pobożności. Przecież ona w ogóle została stworzona przez pobożność pokoleń!
Ruch liturgiczny powstał około roku 1909 w Belgii i szybko rozprzestrzenił się także do innych krajów. Dążył do tego, aby obrzędy liturgiczne i same teksty liturgiczne, szczególnie w mszy, znów były bliskie wszystkim wiernym. Po wiekach „grubej szyby” między celebrantem a resztą w kościele znowu szukano sposobu, jak – przy właściwym szacunku dla dziedzictwa liturgicznego – osiągnąć, aby wszyscy mogli odczuwać pierwotną treść obrzędów i aby mogli się z nią podczas modlitwy liturgicznej utożsamiać. Aby czytania podczas nabożeństwa były zrozumiałe i przynosiły naprawdę spotkanie z Bożym słowem. Aby głębsze zrozumienie liturgii prowadziło do jej celebrowania z żywą czcią i starannością. Aby całe liturgiczne wydarzenie działało przejrzyście i możliwie po prostu.
„Nie jest przypadkiem, że na początku ruchu liturgicznego w krajach niemieckojęzycznych stała jako swoista podstawowa pomoc naukowa dla początkujących książeczka Romana Guardiniego „O znakach sakralnych”, w której mówiono o najprostszych rzeczach (podczas liturgii) i o sposobie, jak je poprawnie traktować: o staniu i chodzeniu, o znaku krzyża, o święconej wodzie i o podobnych niepozornych faktach. Na tych najprostszych elementach może rzeczywiście prawdziwa pobożność na nowo zapłonąć najłatwiej.”1 A ta mała książeczka pozostaje popularna do dzisiaj.2
Przejście od wcześniejszych nabożeństw mszalnych do śledzenia mszy za pomocą mszału było jednak stopniowe. Dobrze to widać na przykład z słów K. Kubeša:
„Ostatnie lata ruchu liturgicznego podkreślają, że wierni (jako współofiara) mają się złączyć z modlitwami Kościoła i nie odmawiać podczas mszy świętej modlitw innych. Zgadzamy się i witamy zatem wydanie czeskiego mszału. Niemniej jednak jest zrozumiałe, że ci, którzy idą podczas mszy świętej do stołu Pańskiego, poświęcają część lub cały czas przygotowaniom do świętego przyjęcia. Poza tym czasami warto powtarzać najświętszą ofiarę w sposób kontemplacyjny, w duchu nabożeństwa…”3
(A on dalej oferuje coś, o czym my wspomnieliśmy po raz pierwszy: przypomnienie historii zbawienia). Zatem nowy sposób uczestnictwa w mszy (używanie mszału) jest tu mile widziany, a zarazem wciąż czci się również dotychczasową praktykę – nabożeństwa mszalne.
Interesujące jest, że wcześniej najwyższa władza kościelna długo była bardzo powściągliwa co do zgody na tłumaczenie tzw. kanonu mszalnego (modlitwy kapłana od ofiarowania do przyjęcia). Chociaż inne części mszy były już od późnego średniowiecza tłumaczone na języki narodowe, ta najważniejsza część mszy była pomijana. Kiedy w roku 1660 po raz pierwszy ukazał się przekład kanonu mszalnego na język francuski, papież surowo zakazał jego rozpowszechniania. Podobny zakaz wydano jeszcze w połowie XIX wieku. Zamiast kanonu dlatego wówczas mszały zawierały jakąś modlitwę, wyrażającą jego treść, którą wierni mogli się modlić podczas nabożeństwa ofiary. Tłumaczenie kanonu było dozwolone dopiero od 1897 roku, lecz wymagano, aby przekłady były zawsze zatwierdzane przez władzę kościelną.
W języku czeskim taki mszał stworzył w roku 1891 P. Prokop Baudyš. Znacznie bardziej rozpowszechnił się jednak dopiero „Mszał rzymski”, wydany po raz pierwszy w roku 1925, który przetłumaczył i wzbogacił o uwagi liturgiczne benedyktyn z praskiego klasztoru w Emauzach P. Marian Schaller. W przedmowie do czwartego wydania, którą pisał w Wigilię Bożego Narodzenia w 1947 roku, wspomina, że trzecie wydanie zostało szybko wyczerpane i że „wojna uniemożliwiła druk pilnie oczekiwanego nowego wydania.” Aby jego mszał mógł dobrze służyć zarówno ludziom prostym, jak i tym, którzy znali łacinę i chcieli mieć przed sobą również łacińskie teksty liturgiczne, P. Schaller opracował mszał w formacie dwujęzycznym – w dwóch kolumnach obok siebie z przystępnie stojącym tekstem łacińskim i przy nim czeskim tłumaczeniem.
Do używania mszału zachęcał w swoim katechizmie Franciszek Tomaszek także dzieci:
„Patrz, aby jak najlepiej poznać poszczególne części mszy świętej i także je uważnie śledzić, kiedy jesteś na mszy świętej. Gdy dorosniesz, kup sobie podręczną książkę mszalną (mszał) w języku czeskim, abyś mógł z kapłanem odmawiać wszystkie modlitwy. Im bardziej będziesz uważny, tym więcej łask przyjmiesz.”4
Jednak wyrażenie „modlić się z kapłanem” wciąż według mojego odczucia zdradza wyobrażenie modlitwy równolegle, „podwójnej”, tylko czasowo zbieżnej. Uważano, że dla właściwego przeżywania mszy należy: śledzić działanie kapłana, wiedzieć, o co mu chodzi, równocześnie w duchu modlić się w to samo, co on. P. Schaller w wspomnianej przedmowie używa dla tego wyrażenia: „dokonale połączenie z kapłanem ofiarującym”.
Jednak ruch liturgiczny stopniowo nie zadowalał się tym, że lud mógł cicho czytać liturgiczne modlitwy z mszałów. Próby przezwyciężenia „grubej szyby” poszły jeszcze dalej. We Francji i Włoszech próbowano podczas mszy zastosować komentatora, który w narodowym języku w krótkim podsumowaniu przedstawiał treść modlitw i tekstów, recytowanych przez celebnata głośno po łacinie od ołtarza. W Niemczech kapłan modlił się liturgiczne modlitwy cicho, a ktoś inny na razie głośno w narodowym języku je odmawiał dla reszty. Obie te metody uzyskały w roku 1958 oficjalne rzymskie zatwierdzenie. Ale już wkrótce potem – 25 stycznia 1959 roku – papież Jan XXIII ogłosił swój zamiar zwołania II soboru watykańskiego. Ten przyniósł ze sobą także wielką przemianę liturgii i stanął za aktywnym uczestnictwem wszystkich w mszy świętej.
„Dlatego Kościół poświęca szczególną uwagę temu, aby wierni nie byli obecni przy tym tajemniczym akcie wiary jako stojący z boku i niemi widzowie, ale aby poprzez obrzędy i modlitwy dobrze rozumieli. Powinni mieć świadome, pobożne i aktywne uczestnictwo w świętym akcie, aby nauczyli się z Bożym słowem i umocnili się uczta ciała Pana, i aby dziękowali Bogu. Powinni przynosić nieskaloną ofiarę nie tylko rękami kapłana, lecz również wspólnie z nim, i tym samym uczyć się ofiarować samych siebie. Dzięki Chrystusowi mają z dnia na dzień dorastać do doskonalszej jedności z Bogiem, a także pomiędzy sobą, aby ostatecznie Bóg był wszystkim we wszystkim.”
(Konstytucja o świętej liturgii Sacrosanctum concilium, rozdz. 48.)
Ojcowie Soboru zatem zatwierdzili również większy stopień użycia języka narodowego w liturgii (artykuł 54). Rozwój jednak w kierunku, który wytyczyli, ostatecznie poszedł jeszcze dalej. Po pierwszym wydaniu próbnego w roku 1967 i po uwzględnieniu późniejszych uwag w roku 1969 wydano nowy Mszał Rzymski, który pozwolił celebrantowi modlić się w narodowym języku głośno nawet prefację i kanon mszy. A ponadto przyniósł jako alternatywę trzy inne modlitwy eucharystyczne. Cała msza święta może więc być łatwo zrozumiała dla wszystkich i może być naprawdę wspólną modlitwą wszystkich obecnych – celebranta i wiernych.
Czy dawne nabożeństwa mszalne są dla nas dzisiaj pouczające?
Po II Soborze Watykańskim „gruba szyba” zniknęła. Jak już powiedzieliśmy: młodsze pokolenie z nas nawet nie wie, że kiedykolwiek istniała. Dlaczego więc przypominać sobie cały ten rozwój i te stare nabożeństwa mszalne, które były zgodne z ówczesnym stanem rzeczy?
Jednakże możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że – dodatkowo już pięćdziesiąt lat po soborze – my podczas mszy nigdy nie jesteśmy obecni „jako stojący z boku i niemi widzowie”? Również my, niestety, często jesteśmy za „grubą szybą”, oddzieleni od słów Pisma, od kazania i od wydarzeń na ołtarzu – przez naszą nieskoncentrowaność, wypełnienie innymi myślami... I tak chciałem początkowo nazwać mój artykuł bardziej prowokacyjnie: „Jak skoncentrować się na mszy według św. Leonarda.” Ponieważ nasza rozproszenie nas bardzo martwi i stalibyśmy się z poradą, jak je przezwyciężyć.
Nabożeństwo mszalne według św. Leonarda oferuje nam receptę nie cudowną, ale godną uwagi swoją prostotą: przypominać sobie w sercu podstawowe postawy naszej modlitwy, które podczas mszy wyrażamy. Wracać do nich. Zresztą u innych – dużo bardziej spontanicznych – czynności, niż msza święta, mądry człowiek dba o swoje podstawowe wewnętrzne nastawienie, z jakim do nich przychodzi i z jakim chce je przeżyć. Jako odpowiedni przykład wydaje mi się wakacje. Cieszymy się, planujemy je, przygotowujemy się na nie. Jednak gdy już są, często nie wychodzi zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Coś nas zaskakuje, trzeba zmienić plan itd. A to zewnętrznie przenika do nas. Psuje nam to nastrój, podsyca gniew. Ale mądry człowiek stara się z tym pracować i mówi sobie: „Nie pozwolę sobie na to, żeby wakacje mi to zepsuły! Chciałem sobie zapewnić spokój, i ten przynajmniej w sobie będę bronić. I nieważne, jak się zagadnienia na zewnątrz będą rozwijać: jestem na wakacjach i tak wszystko będę brał!”
Ale nie chodzi tylko o chwile walki z rozproszeniem. Również podczas mszy za granicą i celebrowanych w języku, którego nie rozumiem, bardzo dobrze sprawdziło mi się wrócić do myśli nabożeństwa mszalnego według św. Leonarda.
Albo możemy je wykorzystać podczas liturgii kiedykolwiek w chwilach ciszy lub wtedy, gdy „nic od mnie się nie wymaga”, to znaczy, nie muszę ani odpowiadać, ani słuchać, ani robić nic innego. Książka misyjna sucho konstatuje: „Wolnych chwilek użyje każdy według swojej pobożności” (str. 62). Jednak, gdy „akurat za bardzo się nie koncentruję”, gdy nie przychodzą mi do głowy myśli do wewnętrznego dialogu z Panem, mogę chwycić się wskazówki św. Leonarda i wracać do samego fundamentu: dziękuję, żałuję, chwalę, proszę...
Niektórzy z was mogą mi już przy tym korzystnie zaprotestować: „Po co tyle myślenia?” Wasza uczestnictwo w mszy świętej jest może bardziej „odczuwalne”. I C. S. Lewis w rozdziale Radość z Pana w swojej książce Rozmyślania nad psalmami (której użyliśmy kilka lat temu jako wskazówki podczas ćwiczeń duchowych) uczył: Orientale (a z nimi starotestamentowi psalmiści) najpierw nie rozróżniali zewnętrznego kultu i wewnętrznej pobożności. Oboje dla nich pierwotnie stanowiło jeden nierozdzielny zespół. Uczestniczenie w nabożeństwie w świątyni jerozolimskiej, nawet z jej hałasem, zapachem pieczonych ofiar itd. oznaczało „należeć do uprzejmości Pana” (Ps 27,4 – ekumeniczne tłumaczenie). Ale wkrótce także dla nich kult i wewnętrzna pobożność oddzieliły się od siebie. A Pan ich upominał, że same materialne ofiary mu od nich nie wystarczą. Tym bardziej dla nas, Europejczyków dzisiaj, nie jest łatwo powrócić do tej prostej jedności... Konkretnie podczas mszy: my po prostu nie wystarczymy tym, że znamy odpowiednie odpowiedzi na to, co mówi kapłan, że wiemy, kiedy podczas niej wstawać i kiedy siadać oraz co jeszcze innego robić. Do dobrego przeżycia mszy świętej zawsze należy staranie się o naszą właściwą „wewnętrzną postawę” podczas niej. Odczuwać ją i pracować nad nią.
Byłoby dobrze o tym przypomnieć sobie szczególnie przed każdą mszą. Chwile się wyciszyć i przygotować na nią. Ktoś umie się zmusić i przyzwyczaić do chodzenia do kościoła trochę wcześniej i poświęcić sobie kilka minut bezpośrednio w ławce. Inny znajdzie trochę czasu już w domu, przeczyta biblijne teksty na mszę (szczególnie do mszy niedzielnej). Ale jeśli nie mamy tych możliwości lub nie umimy ich stworzyć, pomysłowa miłość będzie szukać, jak nawet w mniej sprzyjających warunkach ukraść chwilę do przygotowania i wykorzystać np. ten niezbyt skoncentrowany czas, gdy już „biegniemy” do kościoła na mszę. Kiedy staramy się o taką wewnętrzną przygotowanie wielokrotnie, możemy się do niej w jakimś stopniu wyćwiczyć.
Aby nie zatrzymać się, trzeba się kształcić
Kiedy wielki specjalista w dziedzinie liturgii i jej historii, jezuita Józef Andreas Jungmann, tuż przed II Soborem Watykańskim zastanawiał się nad tym, że sobór niewątpliwie nawiąże do ruchu liturgicznego i wpłynie na postać liturgii, zwracał uwagę, że nie wystarczy zmieniać obrzędów, ale zawsze będzie również ważne kształcenie wiernych w zakresie liturgii. Katecheza o liturgii. W przeciwnym razie nawet po usunięciu „grubej szyby” pozostaniemy jedynie przy zewnętrznych wspólnych gestach, wspólnych recytacjach, wspólnych śpiewach.
Domyślmy się już sami: wszystkim powinno się dostać jakiejś podstawowej katechezy, którą dzieciom przynosi nauka religii, dorosłym programy naukowe w parafiach lub prywatne czytanie książek na ten temat. W przeciwnym razie po prostu nie zrozumiemy nabożeństwa. A to jest woda na młyn naszej rozproszenia. Jak nas ma zaintrygować coś, czego nie rozumiemy?
Ale oprócz tego, aby liturgia mogła być dla nas modlitwą naprawdę naszą, bardzo przysłużyłoby się także jakiejś odnawiającej katechezie, pogłębiającej i łączącej to, co już wiemy. Albo przynajmniej, abyśmy o liturgii systematycznie myśleli. Tylko w ten sposób mamy szansę zaspokoić na sobie pragnienie soboru, aby w wielkiej tajemnicy eucharystii „za pomocą obrzędów i modlitw dobrze rozumieli.” To w sposób wyraźny odświeżyłoby nasze uczestnictwo w nabożeństwie!
Katechizm Kościoła katolickiego, wydany w roku 1997,5 zapewne łatwo weźmiecie do ręki sami. Co on pisze o tym, o czym rozważaliśmy? Paragraf poświęcony bezpośrednio naszemu tematowi – wewnętrznemu przeżywaniu mszy świętej – nie odkryłem w nim. Wy może będziecie umieć szukać lepiej. Myślę, że o tym, o czym rozważaliśmy, jest w tym katechizmie również rozmaicie wzmiankowane lub sugerowane, tylko trudniejszym językiem. Artykuł 1071, cytujący słowa soboru (SC 7), które żądają aktywnego, świadomego i pobożnego uczestnictwa wiernych w liturgii, nosi tytuł „Liturgia jako źródło życia”. Zresztą ma na uwadze raczej to, co robimy po celebracji liturgii, nie podczas niej.
Gdy P. Jindřich Charouz polecał mi do pracy nad tym artykułem jakieś starsze książki, napisał mi o nich: „Znajdzie się tam dość inspirującego materiału, chociaż nie wszystko jest dziś akceptowalne. Ale wówczas ludzie z tego żyli – i owocnie.” Tak, nie wszystko z przeszłości nadaje się dla nas. Niemniej jednak nabożeństwa mszalne, które ludzie wcześniej odmawiali, są interesujące i zachęcają nas do właściwego przeżywania mszy świętej również dzisiaj. Bogu dzięki za to. Cytowana prosta zachęta kardynała Tomáška i nam obiecuje słusznie: „Im bardziej będziesz uważny, tym więcej łask przyjmiesz.”
W przedkoncyliarnym katolickim rozumieniu Kościoła podkreślano takie pojęcie Kościoła, które koncentrowało się wyłącznie na jego zewnętrznych, organizacyjnych przejawach, na hierarchii...
Czytaj dalej
Przed pięćdziesięciu laty w dniach 4–6 stycznia 1964 roku papież Paweł VI odbył swoją pierwszą nowoczesną pielgrzymkę – podróż do Ziemi Świętej...
Czytaj dalej
rozdíl z knihy Poselství Jana od Kříže
Czytaj dalej