Do książek, takich jak ta (książka wspomnień z II wojny światowej o eksperymentach medycznych na więźniach), trudno jest napisać wstęp, trudno w ogóle cokolwiek napisać, cokolwiek dodać.
Polsko-brytyjski socjolog Zygmunt Bauman (1925–2017) pisze, że strasznie jest sobie wyobrazić, że niewiele brakowało i znaleźlibyśmy się wśród ofiar. O wiele straszniejsze jednak jest to, że niewiele brakowało i znaleźlibyśmy się wśród wykonawców. Chodzi więc nie o to, że „to” mogło się zdarzyć nam, lecz przede wszystkim, że mogliśmy to my zbroić. Wszystko, co się stało, dokonali ci sami ludzie, co my sami, i to jest straszne do pomyślenia.
Chcielibyśmy wierzyć, że wszyscy ci [sprawcy zła] byli patologicznie zniekształconymi osobowościami, sadystami, a może w pewnym sensie niedouczonymi prymitywami, w każdym razie ludźmi z innego wszechświata niż my. Niestety wszystko wskazuje na to, że jest przeciwnie. Byli to przeważnie lekarze, którzy swoje młodzieńcze lata spędzili na najbardziej prestiżowych uniwersytetach oraz którzy prawdopodobnie, gdyby nie wojna, zakończyliby swoje kariery jako szanowani profesorowie instytutów naukowych, lekarze, których portrety w czasach pokoju prawdopodobnie zdobiłyby hol wejściowy wydziałów lekarskich.
Czy istnieje w ogóle człowiek, który nie byłby zdolny do takiego zła? Przed II wojną światową nazwalibyśmy takie pytanie absurdalnym i słusznie dalibyśmy się obrazić. Po wojnie już nie śmiemy wykluczać niewyobrażalnego. Na pytanie „Kto tego chciał?” każdy odpowie: „Ci drudzy!” I każdy mieć będzie na myśli tych drugich w świecie zewnętrznym i nikt nie pomyśli, że ten „drugi” przebywa w nas samych, w naszych nieświadomych, nieznanych otchłaniach i mógł być częścią naszej własnej duszy.
(Marek Vácha, fragmenty wstępu do książki Wandy Połtawskiej A boję się snów)