Owoce karmelitańskich drzew jemy, do wód tradycji się zanurzamy...
Pewnego wiosennego wieczoru, gdy surfowałam po internecie, falka orzeźwienia obmyła mi łydki – oto Krasa Karmelu... Hurra, pojadę tam! Motywacja?
Przede wszystkim zdobyć informacje. O czym? W zasadzie o sobie. Mam karmelitańskie serce, ale co to właściwie oznacza? Czym się żywi, jak bije? Żyję z nim, żyję z niego, czuję jego drżenie nad pięknem górskiego ogrodu, w który zostało zasadzono. Co jednak wiem o jego podłożu, wizji ogrodnika przy wytyczaniu rabat, składzie roślin, sposobach zbiorów, zagrażających szkodnikach? Nadal mniej, niż bym chciała.
Informacje – formacja. Miejsce. Cisza. Wydech, wdech. Liczę na to, że obmyła mnie falka z głębin i bez większego zastanowienia się zgłaszam; przewiduję bowiem, że będzie nas wielu pragnących orzeźwienia. Co z planami rodzinnymi i dzieckiem swobodnie bawiącym się w moich wnętrzach? Na pewno pobłogosławią mi w tej podróży, w końcu to karmelitańskie inwestycje, które są u nas zatwierdzoną priorytetem. Cieszę się jak mała dziewczynka, już nie mogę się doczekać!
Jutro wyjeżdżam. Nie chce mi się. Wir pracy mnie wciągnął, brakuje mi gładkiego płynięcia po macierzyńskiej powierzchni przy spokojnych zachodach słońca z mężem. W domu szaleje tsunami remontu, przez ciążę często czuję się jak wieloryb uwięziony na plaży, szybko ubywa mi energii, a wspólnych rodzinnych sobót do porodu zostało niewiele. Nie odpuszczę? Nie, w końcu ta falka...!
Jestem tu, uf! Kiedy ostatni raz przechodziłam główną bramą z zielonym plecakiem na plecach? Czy mój walizka stukająca po kostkach kamiennych to znak dojrzewania czy upadku? A więc jestem tu. I jest lato. Słońce podkreśla kolor fasady kościoła na wzgórzu, a świeżo ostrzyżone jeże na głowach otaczających lip trzymają się nieba ze szczególną zuchwałością; mam ochotę zasalutować tej czcigodnej straży Maryi.
Kamienne murki trzymają w ręku
ciepło złotej promieni
Maria gotuje słodką kaszę
bulgoczącą na ołtarzu
Stoję przy klasztornych drzwiach, głęboko oddycham i czuję, jak adrenalina ze mnie odpływa. Energicznie otwiera mi mała niebieskooka dziewczynka z długimi blond warkoczykami. Wychodzi z niej moja współlokatorka, jest sympatyczna, nie mam zastrzeżeń. Tłumię w sobie słabe ascezy i pozwalam sobie na luksus prysznica po drodze. W drzwiach jadalni napotykam dawno ukochaną przyjaciółkę, więc przy kolacji mam oczy i uszy tylko dla niej, a innych uczestników mogę potajemnie obczaić dopiero przed pierwszym wykładem: trzy cztery znane twarze, reszta to same znaki zapytania.
Później odkrywam, jak różnorodne jest nasze towarzystwo: doświadczeni tercjarscy weterani i drżący oczekujący na pierwsze śluby; tymczasowi obserwatorzy, którzy delikatnie stąpają wokół Karmelu z niejasną tęsknotą i nieśmiałością; miejscowi – choć są tu u siebie, przebywają tu po raz pierwszy, aby odkryć, czym właściwie są ci ich karmelici i jak to w klasztorze działa. Zaskakuje mnie, ile osób przyciągnęły artykuły na temat karmelitańskiej duchowości opublikowane na stronie zakonu.
Dla każdego na stole przygotowane są materiały do nauki, kiwamy uznająco na drut nad taką profesjonalnością, to tu jeszcze nie było. Broszura z programem na odwrocie przypomina mi, że faktycznie nie jestem na rekolekcjach, ale na seminarium edukacyjnym.
Zaczynamy ostrzejsze podejście, ledwie nakręcimy się duchowym słodkością góry Karmel i zapachem jej ogrodów przy źródle Eliasza, już rzucamy się z urwiskiem, aby badać korale kontemplacji. Podobno można doświadczać tajemnicy Boga już w tym życiu, ponieważ dzięki Duchowi Świętemu jesteśmy dziedzicami Bożego królestwa i mimo wszelkiej swojej ułomności jesteśmy w Nim zatem w domu. To dla mnie pocieszające usłyszeć, że więź z Bogiem nie jest (niewykluczonym) wynikiem naszej całego życia duchowej pracy, ani oświecenia, które nagle i na zawsze nas dotknie, ale „Bożym darem w współpracy z wykorzystaniem ludzkiej wolności”; po prostu dynamicznym działaniem między Bogiem a człowiekiem, w którym obie strony mają swój udział.
Do czego jest mi potrzebny ten proces? Aby stopniowo zaczęła widzieć świat Bożymi oczami i kochać Jego sercem. Jak proste. Dotknięta tym zdaniem bardzo żywo przypominam sobie jeden z kluczowych momentów mojego życia, kiedy lata temu twarzą w twarz z własną niezdolnością do miłości żarliwie prosiłam Jezusa, aby w moim życiu poszerzał serce do szerokości Jego, żeby mogło się w nim wiele pomieścić; nawet za cenę bolesnego rozciągania tkanek. Prośba została wysłuchana i teraz to od mnie zależy, aby przy rozszerzaniu nie wzdrygać się – współpraca, współpraca!
Bez skutku szukam schronienia
zęby dygoczą nogi ledwo wlekę
Wypocznę w ciszy Keritu
potem już z walki nie uciekę

W piątek napotykam swoje fizyczne limity. Osóbka w moim brzuchu chce mieć razem z ptactwem udział w powitaniu nowego dnia, wyciąga mnie z łóżka krótko po trzeciej rano. Przewracaniem zakłócam sen współlokatorce. Z zręcznością partyzanta – piwosza pokonuję skrzypiącą podłogę u drzwi, która już w trakcie nocy kilka razy oskarżyła mnie o ciążę, budzę się w masowaniu olejem kokosowym i idę na okrążenie. Kościół jest zamknięty, ale przez dziurkę od klucza widać bezpośrednio na wieczne światło na ołtarzu. Kawałki mgły drażnią nos budzącego się słońca, dusza przyciąga do Stwórcy całkiem lekko, a ciało pragnie dotlenienia. Szybkim krokiem wyruszam więc na zbieranie ziół herbacianych. Wkrótce zrywam liście malinowe i truskawkowe, krwawnika i kwitnący bez, tylko na upragnioną pokrzywę nie mogę natrafić – brat Paweł najpewniej zbyt skrupulatnie dba o teren...
Rozkoszuję się orzeźwiającą kwaskowatością dzikich klasztornych truskawek i zastanawiam się, ilu ludzi myśli tak jak ja, że tylko oni wiedzą o tym tajemniczym truskawkowym zakątku. W jadalni pusto, herbata rozgrzewa mi żołądek i nogi w przemoczonych butach, ciastko podnosi poziom cukru we krwi. O szóstej jednak spada na mnie niepokonany zmęczenie, nie odważam się wrócić do pokoju, więc kładę się na kanapie w pustym pomieszczeniu z komputerem. Po godzinie wstaję na poranne pochwały i w rozkwiecie aktywności siadam następnie w sali wykładowej. Słońce grzeje, widoki z przeszklonych ścian sali są diabelsko kuszące, wykładowca mówi łagodnym, spokojnym głosem. Znajduję się niebezpiecznie blisko drzemki. Lecz szumiąca woda nauki Wawrzyna od Zmartwychwstania, pierwotnie najemnika z wojny trzydziestoletniej, nie pozwala mi całkowicie zasnąć. Ożywiam się przy słowach, które powinien usłyszeć każdy, kto w drodze kontemplacji czuje się duchowo mało zaawansowany. Przebywanie w obecności Bożej, czy to w pracy, modlitwie, odpoczynku, po prostu wstając, kładąc się – o to chodzi.
Najświętszym, najważniejszym i najpotrzebniejszym ćwiczeniem w życiu duchowym jest Boża obecność. Że bowiem człowiek ma upodobanie w Jego boskiej obecności i rozmowie z Nim, a ponadto przyzwyczaja się pokornie Go nazywać i rozmawiać z Nim w postawie miłościwego przychylenia serca, a to zawsze, tak, w każdym momencie, nie formalnie, nie odmierzenie; przede wszystkim w czasie pokus, przeciwności, suchości, smutku i opuszczenia, tak, nawet w trakcie naszych niewierności i naszych grzechów.
Jak to praktycznie zrobić, przychodzi mi do głowy. Wawrzyniec wkrótce mi odpowiada:
On od nas nie wymaga wiele: (tylko) abyśmy od czasu do czasu krótko pomyśleli o Nim, krótko się Mu pokłonili, od czasu do czasu poprosili Go o Jego łaskę, abyśmy Mu poświęcili nasze starania, a potem abyśmy Mu dziękowali za łaski, które Nam okazał i które podaruje Nam także pośród Waszych prac, abyście mogli radować się Nim, tak często, jak tylko potraficie. W czasie posiłku oraz Waszych rozmów podnieście od czasu do czasu swoje serce do niego: najmniejsze wspomnienie o Nim jest Mu zawsze bardzo mile widziane...
W tekstach dalej znajduję, że jesteśmy z Wawrzyncem zgodni, jeśli chodzi o postrzeganie potrzebności poszerzenia własnego serca, to więc odkryłam Amerykę...
Po obiedzie idę na spacer, biorę to od dołu przez zagajnik do lasku z drogą krzyżową i cmentarzem braci. Przy krzewie dzikiej róży napotykam cud stworzenia:
Miedziane chrząszcze gromadzą się
na krzewie dzikiej róży
Heliowe łuski im nieubłaganie
mierzą czas miłowania
Łąka z lasem organizują zawody zapachów, w środku ich rywalizacji zasypiam na cmentarnej ławce. Słońcu się to nie podoba i gna mnie w cień. Rezygnuję z dobrej cichej towarzyszy (jak będą wyglądać uwielbione ciała?) i wolę wygodny sen na poduszce – tylko się trochę odświeżyć przed pierwszym popołudniowym wykładem... Obudzi mnie już tylko współlokatorka wracająca z niego. Żal mi, że straciłam okazję do kosztowania weselnego wina z dzbana Jana od św. Samsona, ale przynajmniej zebrałam siły na następne wdychanie wincentki Edyty Stein. Mocne minerały intelektu Edyty zazwyczaj są dla mnie zbyt mocne i dobrowolnie nie szukam ich wpływu, teraz jednak dzięki ich odbiciu dostrzegłam północną ciemność wiary.
Kiedy (dusza) poznaje, że Chrystus zrealizował w skrajnym poniżeniu i zagładzie na krzyżu to największe – pojednanie i złączenie ludzkości z Bogiem – budzi się w niej zrozumienie, że i dla niej dąży zniszczenie, „śmierć krzyża w żywym ciele, zarówno cielesnym jak i duchowym”, do złączenia z Bogiem. Jak Jezus w swojej opuszczeniu w śmierci oddał się w ręce niewidzialnego i niepojmowalnego Boga, tak dusza udaje się w nocną ciemność wiary, która jest jedyną drogą do niepojętego Boga.
Jak trafił przynajmniej wykładowca, jako chrześcijanie mamy tendencję unikać krzyża na drodze naśladownictwa Chrystusa, chcielibyśmy od razu wrzucić Bożą chwałę na naszą ułomność. Bingo, to dokładnie ja! Obym częściej pragnęła szukać samego Boga, a nie Jego darów i przyjmowała krzyż mniej z grymasem.
Droga wiary jest jednak drogą nocną, gdyż w porównaniu z jasnym poznaniem naturalnego rozumu jest wiara poznaniem ciemnym: zapoznaje nas co prawda z czymś, ale nie dane nam to widzieć. Dlatego należy powiedzieć, że i cel, do którego zmierzamy po drodze wiary, jest nocą: na ziemi dla nas Bóg nawet w błogosławionym złączeniu pozostaje zakryty. Nasze duchowe oczy nie są przystosowane do Jego zbyt jasnego światła i widzą jakby w nocnej ciemności... Wiara jest północną ciemnością, gdyż nie tylko, że tutaj wyłączona jest czynność zmysłów, ale i poznanie naturalnym rozumem. Gdy jednak dusza odnajduje Boga, przenika do jej duszy jednocześnie już i brzask nowego dnia wieczności.
W mojej rzeczywistości dzień dobiega końca. Kolacja z słynne wyderskie smalec z nowicjuszy, który mi błyskawicznie w połączeniu z cebulą uniemożliwia uczestnictwo w adoracji. Przy definitywnym wyjściu z kościoła zatrzymuję się na chwilę rozmowy z jednym z lokalnych braci. Wolno mrok, błyskawicznie obok nas przemknęła mysz i wskoczyła do kanału. Znikąd wyszły dwie duże żaby, osiedliły się u naszych stóp. Nie możemy z bratem uzgodnić, czy to ropuchy, czy skoczki. W każdym razie widać, że wyderskie środowisko sprzyja całemu stworzeniu. Nad ambitem podobno żyją nietoperze, czasami przelatują i witają w kościele...
Noc była o wiele spokojniejsza niż poprzednia, przespałam się w wolnym pokoju, gdzie mogłam szumieć pościelą według uznania bez strachu przed obudzeniem współlokatorki. Wyruszyłam więc w stronę soboty dopiero około piątej, nie wiedząc, że przeżyję seminarny dzień D. Rano razem próbowaliśmy zdeszyfrować Wyjście na Górę Karmel, graficzną poezję Jana od Krzyża. Doświadczyłam przy tym naprawdę wyjątkowego aha-odczucia, które bez przesady poruszyło moją historię.
W szesnastym roku życia jako nowochrzczona kupiłam plakat Wyjścia na Górę Karmel. Przyczepiłam go na drzwiach swojego pokoju i często na niego patrzyłam w bezowocnej próbie zrozumienia jego sensu. Wewnętrzny detektor nieustannie sygnalizował mi, że góra gdzieś skrywa skarb, lecz nie udało mi się odkryć jego dokładnej lokalizacji. Na Karmel wówczas przyciągała mnie przeczuwana przestrzeń wielkiej wolności i miłościwego przyjęcia całego człowieka, dalekiego od zdawkowego moralistycznego nauczycielstwa. Obraz stromej kamienistej szczyty, na który ze wszystkich stron wiało i na którego szczyt wdrapywałyby się tylko najsilniejsze duchowe wojownicy, nie współczesny mu pasował; nie wspominając o tym, że sama dotarłbym przy wykorzystaniu wszelkich moich sił zorientował się ledwo do trzeciego nic, gdzie zamarzłabym pod przeszłością... Plakat więc po dłuższym czasie zwinęłam w szafie, a Jana uznałam za nauczyciela duchowej surowości, który z niezwykłym niedopatrzeniem (przyznajmy, czyli Bożym kierownictwem!) stał się reformator Karmelu. Lata miał u mnie drzwi zamknięte, aż spowiednik wcisnął mi do przeczytania jego korespondencję i wiersze. Musiałam wówczas Jana chciać nie chciała rehabilitować, jednak wciąż pozostawał dla mnie bratem Ostrze Miecza.
A dziś szczyt Jana runął na ziemię. Na jego miejscu przed moimi oczami rośnie przestronna wyżyna, zielona i soczysta, miejsce miłości i chwały, odpowiednia do wesołego skakania i pikników z hojnymi owocami Ducha. Hurra! Gdyby mi socjalizacja nie przeszkadzała, wykrzyknęłabym radośnie i zmiotłabym na chwałę oświecenia. Niemniej jednak trzymam się w ryzach. Jesteśmy zaproszeni do własnej interpretacji szkicu. I bez tej zachęty od razu widzę w nim połączenie mężczyzny i kobiety, co mnie najpierw delikatnie zaskakuje. Potem staje się jasne: Jestem żoną i matką. Żyję w ciele, a znaczną część mojego życiowego posłannictwa mogę realizować właśnie poprzez swoje ciało – otwieram je mężczyźnie, któremu w tym samym momencie otwieram i oddaję swoją duszę, raz za razem. Tą samą drogą umożliwiam nowym Bożym stworzeniom wejście na świat, a potem je karmiąc moim ciałem. To dla mnie chwile najintymniejszego złączenia z Bogiem – najduchowniejsze i najmaterialniejsze jednocześnie. Ulotne – jak ulotne chwile złączenia z Bogiem tutaj na Ziemi. Relacyjne – jak ścieżka na Górę Karmel, gdzie wysiłek człowieka wspinać się do góry i po poślizgnięciach szybko się podnieść łączy się z Bożą łaską unoszącą pielgrzyma i dającą mu już podczas drogi kosztować słodkość góry.
ŚLUBNY
Osiodłaj kochanego konika
białego ogierka z stajni po lewej
który cicho śpi na stronie serca
Zakładaj mu uzdę z miękkiej skóry
pojedziemy razem przez dziewicze równiny
do szczytów Góry Jednoczenia
Już galopuje, czujesz?
W kącikach mu pienią
Przez fale mięśni przelewa się pragnienie
w falach ciała rozpuszcza się dusza
Wznosi nas ku rozkoszy
gdzie wszystko jest z nami
wszystko jest koszer
Górka doskonałości we mnie uwolniła tamy twórczego entuzjazmu i przesłoniła inne wydarzenia dnia. Krople miłości Teresy z Lisieux spłynęły po mnie, w jej głębiny nie wjechałam. Wigilię spędziłam w wdzięczności. Duch Boży podczas niej w obrazach przypominał mi rozmaite drogi, po których prowadził mnie aż do teraz, szczególnie zatrzymywał się przy serpentynach wijących się po zboczach Karmelu. Wieczorem po wigilii śpiewałam i tańczyłam Panu przy jaśminowym krzewie, który tak hojnie wylewa swego Ducha, i kiedy wokół mnie oraz wewnątrz zapanowała cisza, poszłam do kościoła za Marią. W trakcie programu zaglądałam do niej do tej pory tylko na moment, potrzebowałam tam w końcu dłużej pobyć. Przez obraz ołtarza Maryi przebija się jej połączenie z Jezusem: jak blisko dotykają się twarzami, delikatnie się do siebie tulą. Nie muszą patrzeć na siebie nawzajem, wiedzą o sobie i współbrzmią. Ich łagodne uśmiechy, tak podobne do siebie, witają nas z zaniem słowem otuchy, abyśmy weszli dalej w ich miłość... Czyż nie jest zuchwałe pragnąć, aby ze mną też tak było z Chrystusem?
Po całkiem spokojnej nocy i ostatnim śniadaniu z uczestnikami seminarium zajmujemy się wzajemnym obdarowywaniem. Jak kto chce i może, przedstawi innym wyniki swoich odkryć, kawałki karmelskiego kalejdoskopu. Różnorodność wystąpień przypomniała mi twierdzenie wykładowcy, że ogród Karmelu z pewnością nie jest monokulturą. Prawdę mówi. Ogrodnik – Stwórca wspiera różnorodność gatunków, skrupulatnie uprawia każdą roślinę i dla Niego nie istnieje pojęcie „za płotem”.
Co powiedzieć na zakończenie? Być może do zobaczenia.
Uczestnicy seminarium – bracia w Chrystusie, cenię każdy moment, gdy nasze serca się zetknęły,
Norbercie – ekspedycyjny kucharzu, dzięki Tobie skosztowaliśmy owoców górskich drzew, bardzo smacznie przyrządzonych do tego,
bracia karmelici – pszczoły Pana, daliście nam azyl blisko swojego ula,
kucharki i wszelkie klasztorne opiekunki – bez was nie moglibyśmy w różnorodny sposób czerpać w Vydrze żywej wody,
Pani miejsca, Panno czysta – przyjęłaś nas w swoim domu prawdziwie jak matka...
... i nad tym wszystkim oraz w tym wszystkim obecność Boża!
Jana Marková